Ulubieńcy stycznia 2018

W styczniu dużo, a ja ciągle nie wiem, gdzie iść. Dużo szczęścia i dużo martwienia się, nie wiem, jak mi się to dzieli na dwie połowy w środku. Oto moi ulubieńcy:

1. Pudełko na drugie śniadania z Tigera. Jest potwornie niepraktyczne, nie da się w nim transportować niczego oprócz kanapek, ma irytujące zamknięcie i nie można go używać w mikrofalówce. Jest jednak tak śliczne, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Priorytety. Potrzeba piękna.

2. Kylä vuotti uutta kuuta, fińska pieśń, której wysłuchałam jakieś milion razy. Coś mi mocno drży w środku, gdy słucham tej tęsknej nuty. To stara karelska pieśń weselna, którą śpiewano, gdy panna młoda przybywała do domu męża, a tytuł oznacza podobno – wioska oczekuje na nów księżyca (czyli oblubienicę). Szczególnie lubię tę wersję.

3. Książka Sapiens. Od zwierząt do bogów Yuval Noah Harari. Przeczytałam dopiero połowę, ale muszę o niej wspomnieć, bo dawno tak świetnie się nie bawiłam przy czytaniu. Autor prowadzi nas za rękę przez historię ludzkości kreśląc szeroki, fascynujący horyzont od ewolucji na której drodze ukształtował się w ogóle rodzaj ludzki po współczesną rewolucję technologiczną. Absolutnie fascynująca podróż i znakomicie opowiedziana historia. Przede wszystkim znakomicie opowiedziana historia.

4. Bilet lotniczy. Kupienie biletu na samolot sprawia, że podróż, którą planujemy staje się realna i wyznacza w codzienności pewien horyzont, którego nie było wcześniej. Poczułam to wyraźnie, gdy w połowie miesiąca z wypiekami na policzkach rezerwowałam miejsce i od tamtej pory czekam, myślę i tęsknię do tego, co się wydarzy.

5. Białe ściany w moim tymczasowym pokoju. Bardzo polubiłam to surowe wnętrze, w którym tak dobrze mi się odpoczywa i zbiera myśli. I już się z nim pożegnałam. Życie to utrata.

6. Bullet journal. Pod koniec roku znalazłam absolutnie uroczy notes w kropki, który zamieniłam w swój minimalistyczny planner. Wyznaczyłam sobie pewien horyzont celów i planów na ten rok, a to małe cudo pozwala mi się trzymać pewnej ramy w kilku najważniejszych aspektach życia. Korzystam z niego codziennie, zapisuję swoje małe zwycięstwa i patrzę jak się zmienia. Powoli, bo na wszystko trzeba czasu.

7. Kanał na You Tube: Lavendaire. W styczniu obejrzałam sporo filmików Aileen, głównie, żeby ćwiczyć angielski, ale jej łagodny ton działał na mnie uspokajająco, a niezachwiana pewność co do sensu swoich działań – motywująco.

8. Film: I tak cię kocham Michael Showalter. O ile polskie Dzikie róże (link do opinii o filmie) był zdecydowanie mocniejszy emocjonalnie, to najprzyjemniejsza była ta właśnie historia miłosna osadzona w różnicach kulturowych i fajnym, nienachalnym humorze. Ogrzałam się. Polecam.

Tyle. Zajmijmy się lutym i czekaniem na wiosnę. Bo ja już czekam.
Dobrego!

Reklamy

Czego się nauczyłam w 2017 roku

Dziś bardzo osobiście. 2017 był dla mnie ważnym rokiem i mnóstwo się wydarzyło. A oto, w przypadkowej kolejności, czego się dzięki temu nauczyłam:

1. Porażki nie służą do biczowania.

2. Żeby zaczęło się coś nowego trzeba pozwolić staremu odejść.

3. Kończenie, zamykanie drzwi, odcinanie przeszłości boli. Zawsze.

4. Czasami troska o siebie znaczy odpuścić. I należy dla własnego dobra nauczyć się rozróżniać, kiedy warto się do czegoś zmusić, a kiedy robimy tym sobie krzywdę.

5. Nie da się żyć odcinając się od swojego wewnętrznego głosu. Próbowałam wiele lat. No nie da się.

6. To czego się boisz jest zawsze straszniejsze w twojej wyobraźni. Znaczy w mojej, bo jest bujna i lubi czarne myśli. Serio, ja po prostu nie umiem myśleć pozytywnie o niczym.

7. Kiedy się zakochujesz, to chce ci się jechać z Katowic do Krakowa tylko po to, żeby zasnąć w jednym łóżku i opuścić je o piątej rano. Kilka razy w tygodniu. W listopadzie.

8. Nikt nie zna cię tak dobrze jak ty. Ludzie nie mają pojęcia przez co przeszedłeś, przez co przechodzisz i dlaczego tak reagujesz. Nie można słuchać ludzi, którzy mówią ci o tobie, bo nie mają racji i koniec.

9. Wzięcie odpowiedzialności za swoje życie może wieść bardzo krętymi drogami.

10. Możliwe, że na coś chorujesz. I żadne hasła motywacyjne ani wzięcie się w garść nie sprawią, że poczujesz się lepiej. Sprawi to porządna diagnoza i dobrze dobrane leki. Bo twój brak energii może wynikać z insulinooporności i problemów z tarczycą, a nie wrodzonego lenistwa.

11. Z depresji można wyjść. Po prostu się da, ale powoli. Proces zdrowienia jest pełny niespodzianek. Całe moje życie się przewartościowało po doświadczeniu epizodu depresyjnego, który był najgorszym momentem w moim życiu.

12. Potrzebuję terapii. Bardzo.

13. Z życiem nie trzeba się tak męczyć, jak myślałam.

14. Nie trzeba bać się bliskości i czułości. Coś się we mnie otworzyło.

15. Kochać swoje ciało, ale tak na maksa, bez siedzących z tyłu głowy narracji, które moja kultura zapuściła tam jak truciznę. Wiele, wiele lat wychodzenia z nienawiści, przez obojętność, aż po akceptację i miłość, od której kręci mi się w głowie każdego dnia.

16. Mówić wprost o tym, czego potrzebuję i o uczuciach w relacjach damsko-męskich.

17. Dystans w przestrzeni pozwala na dystans w głowie. Innymi słowy, jak wyjedziesz na kilka tygodni okaże się, że jesteś daleko mentalnie od całego mnóstwa problemów, które zupełnie inaczej ułożą ci się w głowie i przestaną być takie straszne.

18. Zgodzić się na własny wewnętrzny głos, który ciągle jest w poprzek dominującym narracjom.

19. Uciekać, gdy wyrywa mi się gdzieś serce. Albo jest mi bardzo, bardzo źle.

20. Nie żałować rzeczy, spraw, relacji. Przyjdą nowe, lepsze. Najczęściej, gdy już rozstaniemy się ze starymi i zrobimy na nie miejsce.

21. Wyrzucać to, co obciąża zamiast uskrzydlać.

22. Jak wyjechać z jedną walizką do innego kraju.

23. Komunikować się po angielsku. Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozmawiać w tym języku i z każdym miesiącem czuję się coraz pewniej.

24. Iść za intuicją, słuchać ciała i emocji.

25. Przestać przepraszać za to, jakim się jest.

26. Przestać odczuwać, że na przyjemność i cieszenie się życiem, trzeba sobie zasłużyć.

27. Seksualność jest ważnym i pięknym aspektem życia.

28. Wiem, że chcę pisać, bo nic mnie tak mnie nie uszczęśliwia i pozwala wyrażać niewyrażalne.

29. Jestem wystarczająca. Nie muszę nic nikomu ani sobie udowadniać.

30. To, jak mnie wychowano, czego nauczono mnie w dzieciństwie i młodości, zrobiło mi potworną krzywdę.

31. Na świecie jest pełno dobrych ludzi, którym można zaufać.

32. Moje życie dopiero się zaczyna.

I mimo tego wszystkiego, co mi w 2017 roku nie wyszło, poczułam, że zrobiłam duży krok do przodu, że coś mocno drgnęło i zmienił się we mnie jakiś paradygmat, za co jestem ogromnie wdzięczna. Fajnie było. I chcę więcej.

13 rzeczy, które LUBIĘ:

1. Pocałunki w szyję. Ten niekontrolowany dreszcz, który wywołują.

2. Samotne kawy w kawiarni. Z laptopem, z gapieniem się przez szybę, z długim niespieszeniem się.

3. Zeszyty w kropki i gładkie. Do notowania miłych rzeczy, spraw i planów.

4. Zachowywać dla siebie, kiedy wydarzyło się coś miłego. Czasem nikomu nie mówię bardzo długo, chowam jak skarb pod koszulą.

5. Wiatr od morza. Ten zapach, złudzenie wolności i potrzebę rozwinięcia żagla. Wakacje nad morzem.

6. Oglądać rzeczy w Tigerze. Tak dla przyjemności, sprawdzić co nowego, podotykać, posłuchać muzyki.

7. Mały bagaż do zabrania. Wystarczy.

8. Światła odbijające się w wodzie. Nie wiem co mnie dokładnie wzrusza w tym widoku, ale wzrusza.

9. Centra dużych miast. Zatłoczone, pełne turystów, sklepów, kawiarni, krzyżujących się linii komunikacyjnych, języków i energii.

10. Makaron. Ze wszystkim. Solidna porcja i znowu jest wszystko w porządku.

11. Małe, brzydkie pieski. Nic nie poradzę, rozpływam się w zachwytach.

12. Jednokolorowe skarpetki w pastelowych odcieniach. Obsesja.

13. Zalane deszczem szyby. Cała dusza w jednym obrazie.

13 rzeczy, których NIE LUBIĘ

1. Nie lubię jak jest za dużo. Bodźców, kolorów, dźwięków. Nie lubię intensywności, przytłacza mnie nadmiar i przesada. Za mocne światło, zbyt wiele faktur, zbyt wiele ruchu w zasięgu wzroku męczą mnie straszliwie.

2. Podpisywania umów z agencjami pracy. Za każdym razem wiem, że podpisuję cyrograf i czuję, jakbym właśnie, po raz kolejny, przegrała życie.

3. Tego momentu, w którym ktoś głupszy od ciebie tłumaczy ci czym jest życie. A ja słucham, bo mam w sobie delikatność i mnóstwo empatii.

4. Samotnych nocy w obcym miejscu. Emocjonalnie druzgocące, za każdym razem.

5. Pietruszki. Od dziecka. Niezmiennie, chociaż tyle smaków mi się zmieniło.

6. Zeszytów o szarym, stylizowanym na stary papierze. Kartka musi być biała.

7. Tego uczucia z samego rana – nie dam rady. Nie dam rady nawet opuścić łóżka, nie mówiąc o dniu. No, nie dam.

8. Spodni. Nienawidzę spodni, tego uczucia jak opinają się wokół brzucha cały dzień. Uświadomienie sobie, że wcale nie muszę ich nosić, było krokiem ku wolności i poczucia, że świat nie jest takim złym miejscem. Jeden z wielu, ma się rozumieć.

9. Białych, czerwonych i granatowych ubrań.

10. Telefonów z numeru, którego nie znam. Tak naprawdę to żadnych telefonów.

11. Dużych psów. Może to bardziej boję. Ale wolałabym nie.

12. Kiedy z ukochanym rozdziela mnie Bałtyk. Albo Bałtyk, Morze Północne i pół Skandynawii.

13. Nagłych przebudzeń, gdy wydaje ci się, że ktoś jest w pokoju. A nikogo nie ma, bo to sen zmieszał się z jawą, a serce bije ci mocno jeszcze długo, i jeszcze długo się boisz, a nie ma czego.

#film Dzikie róże

Dzikie róże, reż Anna Jadowska.

Dzikie róże to film o polskości. O polskiej prowincji, o zaciskającej się jak sznur wokół gardła dusznej atmosferze, w której toczy się pozbawione głębi i ciepła życie. To jest absolutnie zachwycający portret tego, jak wielokrotnie czułam się w najbliższym środowisku, kiedy jeszcze nie potrafiłam wyartykułować co jest nie tak i jak mogę sobie pomóc. Oglądając świetnie zrealizowane obrazy z absolutnie zachwycającą grą aktorską miałam dreszcze, a na wierzch wypływały lęki zgromadzone od wczesnego dzieciństwa.

Jak w soczewce, bez jednej fałszywej nuty skupia się tu obraz polskiej rodziny. Przygotowania do pierwszej komunii – wróciło poczucie absurdu, wstydu i nigdy nie zadanych pytań w akompaniamencie źle zaśpiewanych religijnych piosenek. Moi rodzice w męczącej konfiguracji uparcie nieudanego małżeństwa stanęli mi przed oczami w młodszej wersji. Te wszystkie rzeczy, które są potwornie realne, a nie wolno i nich mówić, stłumione uczucia, które po latach bolą tak samo i tak samo nie pozwalają normalnie oddychać.

Ten film jest jak krzyk przez zaciśnięte gardło. Byłam zaskoczona jak mnie emocjonalnie zdruzgotał. Jest świetnie zrealizowany, aktorsko na najwyższym poziomie, jego siłę stanowi skupienie na emocjach, które buzują pod tym, co oczywiste. Znakomity, polecam. Opowiedziana trauma.

#ulubieńcy październik-grudzień 2017

Będziesz moim ulubieńcem? Późną jesienią i zimą nosi się swetry i z braku ciepła ludzie chętniej łączą się w pary. Przez ostatni kwartał szczęście wymieszane było u mnie z melancholią w równych proporcjach. Ulubieńcy października, listopada i grudnia, razem:

  1. Miejsce: Mediolan. W listopadzie pierwszy raz byłam we Włoszech, jadłam pizzę, pastę i piłam cappuccino, bardzo podekscytowana faktem, że robię to w ich ojczyźnie. Na własne oczy zobaczyłam katedrę Duomo, która okazała się zaskakująco piękna, z prawdziwą przyjemnością słuchałam lombardzkiej melodii języka włoskiego, a pewnego wieczora patrzyłam jak zapalają się światła na stromym brzegu jeziora Como.
  2. Piosenki: o nieutulonej tęsknocie, z wokalem wwiercającym się w duszę. Wracam Sorry Boys, Dzieci malarzy Natalia Przybysz i Imiona Tajfunów Patrick the Pan z Ralphem Kamińskim.
  3. Film: Tom of Finland. Historia jednej z ikon kultury gejowskiej XX wieku, Touko Laaksonen. Zastanawiałam się, co mnie tak urzekło, a to chyba smutek, którym przesycone są piękne, spokojne kadry pełne stłumionego światła i stłumionych emocji, jakoś nigdy nie wyrażona do końca energia, zatrzymana w pół kroku potrzeba wolności i ucieczki.
  4. Książka: Dolina Muminków w listopadzie. Najsmutniejsza z serii, tęsknota i poszukiwania każdej z postaci zaskakująco adekwatnie oddające toczące mnie ostatnio niepokoje.
  5. Impreza z okazji Halloween w pubie Kraken w Chorzowie. Do dzisiaj pamiętam jak świetnie mi się tańczyło po dwóch drinkach do muzyki Gryfne Synki & Band, i jaki świetny makijaż miała moja przyjaciółka.
  6. Youtuber: Jenny Mustard. Totalnie mnie inspiruje jej podejście do życia, estetyka jej filmów i ta wewnętrzna pewność siebie, z którą dzieli się swoim światem. Miłość.
  7. Podsumowanie roku 2017. Pewnego dnia usiadłam sobie w kawiarni z laptopem i spisałam sobie wszystko, co dobrego wydarzyło się w tym roku. Zaskakująco dużo, jestem bardzo wdzięczna za ten rok, i chcę więcej, bo mam wrażenie, że coś dobrego dopiero się zaczęło.
  8. Kolor: szary. Od kilku tygodni mam obsesję na punkcie szarości, a gdy uda mi się znaleźć coś w idealnym odcieniu (prześcieradło, spodnie po domu, kapcie), cieszę się jak dziecko.
  9. Ciasto: wegański piernik z Jadłonomii. Jest przepyszny, wilgotny, puszysty, robi się go w pięć minut z bardzo prostych składników, uwielbiam. Link do przepisu.
  10. Plan na następną podróż: Finlandia. Tęskni mi się za Finlandią, chociaż nigdy tam nie byłam, a melodia fińskiego rozgrzewa mi serce.

Wszystkiego dobrego w 2018!

#ulubieńcy września 2017

Wrzesień w zasadzie spędziłam na kanapie martwiąc się o wszystko, jakby to był najlepszy sposób na poradzenie sobie z życiem. Już mi troszkę lepiej, chociaż wciąż nie jestem w nastroju, żeby lubić cokolwiek bez tego dojmującego poczucia, że wszystko już było i nie bardzo ma sens. Niemniej, wrześniowi ulubieńcy:

 

  1. Ilustracje Chiary Bautista. Chyba największy zachwyt w tym miesiącu, mentalnie wypruło mi flaki, jak je zobaczyłam. Wiecie, to jest ten moment, kiedy widzicie własne serce w pracy innego artysty. Cała ta nieutulona tęsknota, niemożność dotknięcia bolesnego miejsca i uzdrowienia go, mroczne głębie, w których się pływa niezależnie od woli. Rzut oka, i wiecie, że nie jesteście sami ze swoją historią. Uwielbiam. Ciągle je przeglądam.

 

  1. Miejsce: Sakura Sushi Bar w Katowicach, najlepsze sushi, jakie jadłam do tej pory. Można usiąść przy barze i patrzeć, jak się robi. Moi faworyci to nigiri z tamago i maki z kalmarem w panco. Ale mam jeszcze sporo do spróbowania.

 

  1. Film: Piękna i Bestia z Emmą Watson. Czasami nie mam pojęcia, dlaczego coś lubię, naprawdę. Może tamtej nocy, kiedy miałam okazję zobaczyć ten film, byłam w bardzo specyficznym nastroju, ale pierwszy raz od dawna poczułam, że ktoś opowiada mi baśń, a ja mogę zanurzyć się w historię jak dziecko. Mój ukochany wątek to oczywiście alienacja Belli w środowisku, z którego pochodzi. Rozpłakałam się na pierwszej piosence, i tak już zostało. Nie, żebym polecała, chyba, że macie akurat bardzo ochotę.

 

  1. Książka: Gorące mleko Deborah Levy (link do mojej opinio-recenzji). Solidny kawałek literatury z cyklu – o, ktoś znowu napisał o moim smutku. Trochę Virginia Woolf, uczciwa proza o życiu wewnętrznym w warunkach współczesnego świata.

 

  1. Nagość? Nie wiem, jak to do końca ująć, ale pierwszy raz w życiu byłam w spa, w którym przy korzystaniu z atrakcji obowiązuje całkowita nagość. I chociaż w pierwszym momencie nie wydawało mi się to najlepszym pomysłem, okazało się cudownym przeżyciem. Kiedy twoje nagie ciało przestaje być problemem, tabu, czymś do ukrycia przed światem, a staje się sposobem istnienia, oczywistością. Miło.

 

  1. Mam chyba ostatnio upodobanie do kiczu, może przez próbę skanalizowania ogromu emocji w coś prostego. W każdym razie piosenką miesiąca zostanie Zajączek słońca z najnowszej płyty Maryli Rodowicz Ach świecie. Bardzo melancholijna. Ładny tekst. Tak naprawdę nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale ilość odtworzeń na Spotify nie kłamie.

 

Chyba tyle. Jestem jak pogoda za oknem. Pada we mnie deszcz.

Dobrego!

#książka Gorące mleko

Deborah Levy, Gorące mleko, wydawnictwo Znak.

Z książkami mi ostatnio nie po drodze. Skupienie się na jednej historii przez kilkaset stron? Wyzwanie. Kupiłam sobie niedawno Gorące Mleko skuszona początkiem, obiecującym podróż, którą będę chciała kontynuować. Posłuchajcie.

Upuściłam dzisiaj laptop na betonową podłogę baru przy plaży. (…) Chcę przez to powiedzieć, że jeżeli on jest rozbity, to ja też. (…)
Matka powiedziała mi przed laty, że nazwę Drogi Mlecznej powinnam zapisywać następująco: γαλαξιας κύκλος , co dosłownie oznacza mleczny okrąg. Powiedziała mi, że Arystoteles spojrzał na mleczny okrąg w Chalcydzie pięćdziesiąt pięć kilometrów na wschód od Salonik (gdzie urodził się mój ojciec) w 377 roku przed naszą erą, kiedy miał siedem lat. Najstarsza gwiazda ma około trzynastu miliardów lat, ale gwiazdy mojego wygaszacza ekranu tu dwulatki wyprodukowane w Chinach. Cały ten wszechświat jest teraz rozbity.

Uuu, ktoś tu kreśli znajomą perspektywę, z rozmachem. I jest rozbity. Język poetycki, ale z dystansem, bez zadęcia. Bierę.

Nie zawiodłam się. Główna bohaterka, dwudziestopięcioletnia Sofia, córka Angielki i Greka, przybywa do południowej Hiszpanii. Podróż związana jest z leczeniem jej matki, z którą łączy ją trudna, bolesna relacja. Nie jest to jednak opowieść o tej relacji, to raczej porządne studium życia wewnętrznego w specyficznej kondycji, z którym łatwo mi się teraz utożsamić. Och, Sofia to ja.

Bohaterka została poparzona przez meduzę. W punkcie opatrunkowym wypełnia formularz.

Imię i nazwisko: Sofia Papastergiadis
Wiek: 25
Kraj pochodzenia: Wielka Brytania
Zawód:
Meduz nie obchodzi mój zawód, więc po co ta informacja? Jest to mój czuły punkt, boleśniejszy od poparzenia i stwarzający większe problemy niż moje nazwisko, którego nikt nie potrafi wymówić ani poprawnie zapisać. Powiedziałam mu, że mam dyplom z antropologii, ale na razie pracuję w kawiarni w zachodnim Londynie (…)

Piękne.

Gorące mleko jest o relacji ze światem i innymi ludźmi, takiej skomplikowanej, bolesnej, zawikłanej w ciasne supły, parzącej jak macki meduzy, nie do wytrzymania. O późnym dojrzewaniu, kiedy w wieku dwudziestu pięciu lat odkrywamy rzeczy, które powinny już dawno nam się przydarzyć. O pewnym sposobie doświadczania rzeczywistości, kiedy to wszystko, czego się dotykamy wymyka nam się z rąk, bo jesteśmy tak słabo zakorzenieni w samych sobie, ekstremalnie wrażliwi i bez narzędzi, za pomocą których moglibyśmy sobie pomóc.

Nie czuję się dobrze. Od dłuższego czasu czuję się źle.
Nie powiedziałam Rose, jaka jestem zniechęcona, jak bardzo się wstydzę, że nie jestem silniejsza psychicznie, i tak dalej, czyli między innymi, że chciałabym mniej ciasnego życia, ale na razie brakuje mi śmiałości, żeby wyciągnąć rękę po to, czego pragnę, oraz że się boję, iż moja przyszłość jest zapisana w gwiazdach i wygląda następująco: być może będę miała tak samo zredukowane życie jak ona (…)

Gorące mleko to też opowieść o inicjacji, a jakże. I o szukaniu po omacku tożsamości. O podróży w głąb siebie, która może odbyć się w sprzyjających okolicznościach. I bardzo o cielesności, o doświadczaniu świata i siebie poprzez ciało, o powrocie do ciała, odzyskiwaniu kontaktu z nim.

Słońce stało w zenicie, kiedy rozpoczęłam długi marsz do domu w biustonoszu, podartych dżinsach, brudnych tenisówkach na uszach; z tylnej kieszeni wystawał mi iPod. Czułam, że w piersiach wzbiera mi życie i ryk, kiedy patrzyłam w dół na morze z przedziwnie unoszącymi się w wodzie meduzami.

Język. Poetycki, zmysłowy, zanurzony w ciele. Opisujący rzeczywistość. Nie zabawa słowami, ale uczciwa próba dotarcia do sedna. Nie czułam, że autorka się popisuje. Ona cały czas próbowała przekazać słowami życie, a nie wtłoczyć życie w słowa. Wiecie, o co mi chodzi? Uczciwe pisanie.
Zapadła we mnie ta książka, ciągle przypominają mi się obrazy, które autorka nakreśliła. Poetyckie zdania cięły rzeczywistość jak skalpel, pozwalając dobrać się do miękkiego, nieosłoniętego wnętrza, które pulsuje dziwną energią. Wpisała się w coś, co akurat sama przeżywam. Opisała świat, w którym ludzie ranią na milion sposobów, ale nikt nie jest zły. Każda energia włożona w zmianę wytraca się i kostnieje, każda próba rozpalenia w sobie ognia kończy się fiaskiem. Wszystkie początki prowadzą na bezdroża, rzeki wsiąkają w ziemię, kiedy się rozpędzasz to po to, żeby uderzyć całą siłą w mur.
Nie ma w niej patosu. Jest lekkość, poczucie humoru i dystans, który mają inteligentni ludzie do swoich wewnętrznych tragedii, słodko – gorzka ironia. A antropologiczne wykształcenie bohaterki wplecione jest w tkankę opowieści jak koraliki i pióra w łapacze snów. Dla mnie też antropologia kulturowa okazała się sposobem na opisanie egzystencjalnego lęku.

Tak, Sofia to ja.

Jestem daleko od brzegu, ale za mało zagubiona. Muszę wracać do domu, lecz nie istnieje miejsce, które byłoby naprawdę moje, nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma kochanka, który by mnie powitał.

Dobra, już nie marudzę. Dobra książka. Polecam tylko osobom w nastroju do. Albo na takim etapie, że. Inaczej nie.

Wszystkie cytaty z książki: Deborah Levy, Gorące mleko, Kraków 2017.

#ulubieńcy sierpnia 2017

Koniec lata, inne światło, swetry na sukienkach. Mój sierpień miał dwie połowy, jak rozłupany orzech, z miękkim, słodko-gorzkim wnętrzem. Mistrzyni metafor, wiem. Ale udało mi się dobrać do nieeksplorowanych dotąd obszarów rzeczywistości, więc dobrze. W każdym razie, ulubieńcy – zachwyty, odkrycia, pęknięcia w rzeczywistości.

1. Skandynawski design. Nie znam się na architekturze. Wiem tylko, że są wnętrza, w których z jakiegoś powodu czuję się świetnie. I te w których byłam podczas krótkich wakacji w Skandynawii właśnie takie były – jasne, proste, funkcjonalne, pełne naturalnych materiałów i światła, zachowujące jakąś cudowną równowagę między surowością a przytulnością. Czysty komfort – i ten po prostu, i estetyczny.

2. Leeuwarden u progu jesieni. Leeuwarden to jedno z miasteczek Fryzji, jednej z najdalej na północ wysuniętych prowincji Holandii – zagubione wśród stad owiec, z widokiem na bezkres Morza Północnego. Nie ma nic bardziej melancholijnego niż jego pusty rynek wieczorem, pod koniec lata, kiedy jedziesz sam na starym, skrzypiącym rowerze i czekasz na pierwszą wypłatę, i na kogoś, żeby cię stąd zabrał. Bo stąd można już tylko zawrócić. Ulubieniec warunkowy, w kategorii emotional landscape.

3. Bransoletka z H&M. Na cieniutkiej błękitnej gumeczce srebrny półksiężyc, który w swojej smukłej formie przeniósł mnie do czasów fascynacji Czarodziejką z Księżyca. Kręte są drogi moich skojarzeń, ale nosiłam to maleństwo w drugiej połowie sierpnia razem z różą wiatrów każdego dnia.

4. Pudrowo-różowe tenisówki z H&M, miłość od pierwszego wejrzenia, cukierkowy wyłom wśród mojego czarnego obuwia. Kiedy zobaczyłam, że z przecenionych na 4 euro cudeniek została jedna para w moim rozmiarze, kupiłam bez mierzenia i niosłam do domu tuląc do piersi jak skarb.

5. Drink – margarita. Był taki moment pod koniec lata, że siedziałam w Sztokholmie w ogródku Hard Rock Cafe, piłam najlepszą margaritę w swoim życiu i wydawało mi się, że w sumie wszystko gra. A jej wytrawno-słona słodycz miała w sobie głębię, o której wcześniej nie miałam pojęcia.

6. Piosenka – Despacito. Zabijcie mnie, ale kocham tę piosenkę i ilekroć ją usłyszę, zaczynam tańczyć. Już na zawsze będzie mi się kojarzyła z tym szalonym latem. A żeby nie było wam tak smutno i niezręcznie, to też takie fajne coś znalazłam i męczyłam przez cały sierpień: cover Con te partiro – Time to say goodbye. Wiecie, że to piosenka nie o końcu miłości, ale jej początku?

7. Focaccia. Nagle Włochy w środku Szwecji, najlepszy kawałek pieczywa, jaki jadłam w swoim życiu. Upieczona w glinianej doniczce, ze szczyptą soli i ziół na wierzchu, miękka, sprężysta, ciepła. Podana z doskonałą oliwą, dzieliliśmy ją między siebie jak dobrą wróżbę. Była jak dom. Czysta miłość. Chleb, do którego się tęskni.

8. Czarna sukienka z Zary. Nie muszę dodawać, że przeceniona (czy to już sposób na życie?). Formą przypomina worek, podwija się w najmniej spodziewanych momentach odsłaniając mój niemały tyłek i kocham ją całym sercem, bo to jedno z tych ubrań, w których jestem bardziej sobą niż nago. Noszę ją jak zbroję.

9. Dotykanie tarantuli. W jednej z atrakcji turystycznych Sztokholmu można było pogłaskać, ewentualnie potrzymać węża, co z radością uczyniłam, jak również posmyrać po tylnych odnóżach wielkiego pająka. I, jak zwykle, okazało się, że bariery w mojej głowie są proste do usunięcia przez zwyczajne zrobienie rzeczy, która mnie przeraża. Nie tyczy się to oczywiście tylko wielkich pająków o owłosionych odnóżach. Przykład pierwszy z brzegu, wiecie.

A teraz jesień. Dużo, dużo jesieni. Moja ukochana pora roku. Dobrego!

koniec lata

Mój sierpień miał dwie połowy, jak złamane serce. Jak dziś, gdy chodziłam w letniej sukience i pociłam się w autobusie, ale wieczór był jesienny i pełen melancholii. Nie wiem, po co mi świeczki i herbata z goździkami, może z tęsknoty. Skończyły mi się tabletki na głowę, skończyło mi się lato, skończyły mi się pomysły. Ale to nic.

Bo jesień jest jak ulga. Już nie trzeba się wygłupiać, można odpuścić. Roku nie uratujemy. Już nie będzie zdjęć z wakacji na facebookowej ścianie, rozprażonego asfaltu i tej nagłej potrzeby wyjazdu gdziekolwiek, byle dalej. Co nie znaczy, że ogarnie nas spokój. Mniej światła, zimno. Konieczność ogrzania się i doświetlenia wpasowuje się znowu w egzystencjalną pustkę. Już nie trzeba tak walczyć. To znaczy trzeba. Tylko można zmienić oręż.

Zawsze lubiłam jesień. Grube swetry, długie wieczory, gorącą kawę na wynos w szarych, porannych Katowicach. Zapach. Kolory. Przygaszenie. Tak mi się to kojarzy – jest łagodniej, łatwiej. Jakby coś się ostatecznie nie rozwiązało, więc można przejść z tym do porządku dziennego. Już można wytrzymać. Teraz już tak.