Ulubieńcy marca 2019

Marzec był jak ruszona ziemia w której może ktoś posadzi kiedyś kwiaty. Ulubieńcy marca – wczesnowiosenni:

1. Początek wiosny – to złudzenie początku, nadziei, odmiany, podróży, w którą wkrótce się wyruszy. Zapach mokrej ziemi i rozpięta kurtka. Plany, że wkrótce pójdziemy na spacer i na lody.

2. Quorn w sosie orzechowym. Sos orzechowy, czyli satésaus, jest charakterystycznym dodatkiem w kuchni holenderskiej, a quorn to popularny na zachodzie substytut mięsa, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Z warzywami jest naprawdę smaczne.

3. Piosenka: Jeśli tylko to będzie możliwe zespołu BAiKA. Melodyjne, wpada w ucho, a głos Kafi jest absolutnie urzekający.

4. Świnka Peppa. Instalowałam mamie Netflixa i włączyłyśmy ją dla żartu, obejrzałyśmy cztery odcinki z rzędu po holendersku z angielskimi napisami zaśmiewając się i doszłyśmy do wniosku, że to świetna pomoc dydaktyczna przy nauce języka. Dialogi składają się z prostych zdań, odcinki są króciutkie i mają zgrabnie zarysowaną fabułę, a bohaterowie budzą szczerą sympatię. Zwracam honor wszystkim dzieciom, które kochają Świnkę Peppę.

5. Nowe majtki z H&M. Mój ulubiony typ – bawełniane, gładkie, w pastelowym kolorze, ale z uroczą koronką (nie może być zwykła, musi być urocza). Miły prezent kupiony w słoneczne, niedzielne popołudnie.

6. Wizyta u lekarza, do którego dawno powinnam pójść. Najwyższy wyraz troski o siebie i jakimś cudem ekstremalnie trudny.

7. Sushi z mamą w ładnej restauracji. Jakoś mi to utkwiło w głowie – moja mama kiedyś nie lubiła ani sushi ani jeść na mieście, a teraz to ona mnie tam wyciągnęła. I to był przemiły lunch, jak długo przeglądałyśmy menu, zajadałyśmy się łososiem i rozmawiałyśmy o bzdurach.

8. Plany na wiosnę. Niewielkie, ale jakieś. Znowu walizka do spakowania, bilet na samolot, złudzenie, że tym razem gdzieś mnie to zaprowadzi.

Kiedy idziemy na lody?

Reklamy

Ulubieńcy lutego 2019

Luty był jak zaciągnięty hamulec. Mam nadzieję, że tak jak w przyrodzie, gdy jeszcze tego nie widzimy, zaczynają krążyć soki i wszystko szykuje się do wiosny, pod tą pozorną martwotą coś dojrzewa i pulsuje. Tego wam życzę. Ulubieńcy lutego, czyli co rozgrzało moje zimne serce w tym krótkim miesiącu:

1. Książka 365 dni bez zapałek, Jak rok w australijskim buszu odmienił moje życie Claire Dunn. Uwielbiam takie historie – ktoś, kto jest wypalony swoim dotychczasowym życiem udaje się w głuszę, by tam się coś zmieniło. Ktoś taki jak ja – który nie ma pojęcia kim jest, czego chce, kim miałby być, dlaczego tak się ze sobą męczy. I opowiada, pośród swoich przygód, głównie o tym co czuje – o swoich zmaganiach, wspomnieniach, emocjach, życiu wewnętrznym. Nie mogłam się oderwać.

2. Skandynawski film Granica w reżyserii Ali Abbasi. Nieoczywiste love story, trochę horror, trochę antropologiczne studium Innego, wystawiający na próbę tradycyjne poczucie estetyki, mroczna baśń z ciekawym zwrotem akcji. Miałam ciarki przez większość filmu.

3. Piosenka Jesteś pragnieniem moich ukochanych Sorry Boys – i ten teledysk. Czekam na płytę.

4. Hydropolis we Wrocławiu czyli Muzeum Wody. Interaktywna wystawa, której tematem jest woda – jako środowisko życia, niezbędny składnik przetrwania, katalizator kulturowy. Mnóstwo kontekstów w których możemy myśleć o wodzie, czy o świecie w ogóle, podane w lekkiej formie. Największe wrażenie zrobiły na mnie porównanie wielkości najsłynniejszych statków w historii (jaka maleńka jest Santa Maria Kolumba w porównaniu z Titanikiem), myśl technologiczna dotycząca zaopatrywania miast w wodę starożytnego Rzymu oraz oglądanie wschodu księżyca na plaży na podświetlanym leżaku w strefie relaksu. Dobry pomysł na popołudnie.

5. Pasibus na Dworcowej w Katowicach – przepiękne, przestronne, odrestaurowane wnętrze starego dworca, w którym miło się spotkać i zjeść świetnego burgera.

6. Escape Room Reaktor 404: Powrót atomu w Katowicach, którego tematem przewodnim jest poradzenie sobie z reaktorem atomowym w postapokaliptycznym świecie. Boże, jak ja się dobrze bawiłam z tymi zagadkami! Dużo zagadek mechanicznych, rozkręcania i dopasowywania narzędzi.

7. Kawa z tonikiem na zimno. Bardzo interesujący, orzeźwiający, gorzko-kwaśny, pobudzający napój. Coś zdecydowanie na lato.

8. Kolorowe lampki w kształcie diamencików. Czasami coś kosztuje dziesięć złotych, a zmienia wasze wnętrze na lepsze. Powiesiłam je nad moim pięknym biurkiem i zapalam zawsze jak przy nim siedzę z jednakową przyjemnością, miło wyglądają takie świecące punkty na tle białej ściany. Małe, a cieszy, co nie?

Czekacie na wiosnę?

#ulubieńcy stycznia 2019

Styczeń cały był jak Blue Monday, ale się nie poddaję. Wyremontowałam swój pokój, byłam na krótkich wakacjach w Holandii, płakałam i cieszyłam się życiem, które toczy się dalej. Oto lista przyjemności i miłych drobiazgów, które były w styczniu.

1. Album Pet town holenderskiego zespołu Eerie Wanda, której wysłuchałam wtulona w czyjeś ramiona, patrząc na zaśnieżone brzegi holenderskiej rzeki IJssel. Już pierwsze kilkanaście sekund zabiera was gdzieś daleko – niedaleko, do pokoju pełnego kolorowych lampek, na miękkie poduszki, gdzieś, gdzie się odpoczywa.

2. Czarna herbata z miodem i sokiem z maliny i dzikiej róży. Znalazłam w sklepie sok do herbaty, który smakuje jak ten, który robiła moja babcia. Podana w szklankach z IKEA z korkową podstawką smakuje jak zimowy powrót do domu.

3. Książka Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza Elaine Aron. Jedna z tych książek, które zmieniają życie. Nie wiem czy słyszeliście o zjawisku wysokiej wrażliwości, która polega na posiadaniu bardzo czułego układu nerwowego – przez co wszystko jest bardziej pobudzające. A ja w wieku prawie trzydziestu lat dowiedziałam się, że wszystko ze mną w porządku, chociaż od dziecka słyszałam coś innego i coś zupełnie innego o sobie myślałam. Czas na szampana.

4. Gra planszowa Zamek Smoków, inspirowana popularnym mahjongiem. Z upadającej świątyni, kamyk po kamyku budujecie własną i za pomocą przemyślnej strategii, wykorzystując dostępne opcje musicie zdobyć jak najwięcej punktów.

5. Nocny zimowy spacer po Deventer. Deventer to bardzo stare miasto we wschodniej Holandii, w którym byłam w styczniu kilka dni. Czasami wyobraźnia zrywa się z łańcucha i zbliżamy się do czegoś nieuchwytnego. To był zaśnieżony park z latarniami jak z Narnii, pociąg mknący tuż obok na moście zawieszonym nad wielką rzeką, stare mury okalające gród założony w średniowieczu, opowieści o Wikingach lądujących na brzegach, światła spod ziemi, małe dzikie zwierzątka przebiegające drogę, ciężar wieków, z którymi toczy się tu życie. Coś nieokreślonego, nieuchwytnego, co dotknęło tamtego wieczora mojego policzka i zostawiło z poczuciem pustki.

6. Białe ściany w moim pokoju. W styczniu pomalowałam swój pokój na biało i bardzo przyjemnie jest patrzeć jak rzeczywistość zmienia się za pomocą twoich własnych rąk. Uwielbiam białe ściany i cieszę się z nich za każdym razem, gdy budzę się rano.

7. Nowe meble z IKEA. Lubię ten sklep i całą tę skandynawską estetykę, kiedy jest prosto i jasno, wygodnie i niedrogo. Szczególną miłością darzę moją nową białą szafę, stół do pracy (szary blat na białych kozłach) z biało-brzozowym krzesłem i szaro-niebieski stolik nocny.

8. Szary t-shirt z H&M. Zwykły, szary t-shirt za pięć euro, który ma najprzyjemniejszy materiał na świecie, w moim ukochanym szarym kolorze, który jakoś tak dobrze się na mnie układa, że czuję się w nim bardziej sobą.

9. Burger Mango&Onion w Bobby Burger, który w styczniu był moim comfort food (albo guilty pleasure, jak kto woli). Burger z krążkami cebulowymi i sosem mango, zawsze w towarzystwie frytek i coli oraz kogoś, kogo lubię.

10. Niebieskie wieszaki do szafy z Tigera. W tym konkretnym odcieniu, który tak lubię. Po prostu fajnie wyglądają.

11. Krótka podróż. Z podróży zawsze jest dystans, nadzieja i ulga. Za każdym razem wracam inna, i tak bardzo to lubię, i chyba powinnam częściej.

12. Możliwość działania mimo smutku. Nie miałam w styczniu dobrego nastroju, raczej było mi smutno i źle, powinnam też zająć się w końcu porządnie moim zdrowiem. Ale jestem głęboko wdzięczna, że byłam w stanie działać. Nie na pełnej…, ale powoli robić swoje, zmieniać trochę rzeczy na lepsze. I być dla siebie w tym wszystkim dobra.

Dobrego, kochani!

Ulubieńcy lipca i sierpnia 2018

Latem mam największe wyrzuty sumienia, że nie ogarniam swojego życia. Tego roku lato było mniejszą męką, chociaż cieszę się, że się kończy – i smutno mi jednocześnie, bo przecież ktoś tu jest królową sprzeczności. Oto moi ulubieńcy lipca i sierpnia:

1. Joga. Od lipca ćwiczę regularnie jogę i nie mogę się nadziwić jakie te początkowo pokraczne próby rozciągnięcia spiętego ciała działają cuda. Ostatnio mam wrażenie, że zrobiłam w kierunku swojego zdrowia psychicznego duży krok naprzód i jestem pewna, że praktyka jogi ma w tym ogromny udział. Zdarzały się momenty, że zaczynałam płakać albo głośno się śmiać przy rozciąganiu jakiegoś mięśnia. Całe dorosłe życie byłam odcięta od swojego ciała i właśnie do niego wracam, zaczynam je czuć i rozumieć. Między innymi dzięki jodze.

2. Kanał na You Tube Małgorzaty Mostowskiej. To właśnie z nią zaczęła się moje przygoda z jogą, nadal to z nią najlepiej mi się ćwiczy. Jest cudownym, ciepłym człowiekiem, a jej kojący głos towarzyszy mi od dwóch miesięcy przy mojej praktyce i uczy miłości do swojego ciała.

3. Książka: Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy Bessela van der Kolka. Książka, którą czytałam zanosząc się płaczem i dzięki której zrozumiałam całe mnóstwo destrukcyjnych mechanizmów, które mną rządzą. Absolutnie fascynująca opowieść lekarza, mądrego i współczującego człowieka, którego pasją i zawodową ścieżką jest pomaganie ludziom dotkniętym szeroko rozumianą traumą. Nie chodzi tylko jednak o traumę, ale o całe spektrum zależności między mózgiem, ciałem i psychiką, które są potwornie skomplikowane i subtelne. Kiedy je zrozumiemy będzie nam łatwiej funkcjonować i szukać rozwiązań problemów, które ze sobą mamy. Polecam całym serduszkiem, jeśli chcesz wiedzieć więcej o samym sobie.

4. Jazda na rowerze. Kupiłam sobie rower, bo mieszkając w Holandii bez roweru się po prostu nie da. I to jest takie przyjemne, po prostu jechać przed siebie, z wiatrem we włosach, czuć jak kilometry uciekają ci spod nóg. Uwielbiam.

5. Piosenka: Być dla kogoś w wykonaniu Kuby Jurzyka. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, to ta część mnie, która lubi ckliwe wyznania miłosne z szaro-złotymi drogami w tle. Ale jestem też fanem Weź nie pytaj Domagały, jak cała Polska chyba. Weź się przytul, no weź.

6. To, że uczę się zauważać, że moje ciało jest napięte i rozluźniać je wtedy. Zaczęłam nową pracę, zwykle było to doświadczenie na pograniczu sennego koszmaru i wojennego frontu jeśli chodzi o poziom stresu. Tym razem – było zaskakująco łagodnie. Za każdym razem jak czuję, że moje mięśnie boleśnie się spinają – staram się je rozluźnić, i to świetnie działa.

7. Proste ćwiczenie oddechowe obniżające poziom stresu. Nabierasz powietrza i wstrzymujesz oddech tak długo jak umiesz. Można to robić wśród ludzi, nikt nie zauważy. I to działa, przysięgam, bardzo mi pomogło w pierwszych dniach pracy.

8. Frytki. Frytki w Holandii to jakaś magia, są przepyszne. W centrum miasta w którym mieszkam jest taka knajpka, która serwuje wyłącznie frytki ze świeżych ziemniaków, z wyborem sosów i to jest takie pyszne, i zawsze poprawia mi humor. Wiecie, frytki, tylko najlepsze na świecie, więc jeszcze lepiej.

9. No dobra, jeszcze jedna książka, bo taka dobra – moje ukochane reportaże z wydawnictwa Czarne. Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj Roba Schmitza. Opowieść o Chinach przez pryzmat osobistych historii kilku mieszkańców tytułowej ulicy w Szanghaju, znakomicie napisana i zapadająca w serce, zwłaszcza te opowieści z dwudziestego wieku, który był, zdaje się, jakąś abominacją w dziejach ludzkości.

10. To całe miejsce, jakie się we mnie zrobiło. Nie wiem do końca, jak to opisać, ale pierwszy raz w życiu czuję, że istnieję, że jestem żywa, z takim wewnętrznym spokojem i pewnością. Że uczę się słuchać samej siebie i może kiedyś odkryję, czego naprawdę potrzebuję i chcę. Że to dopiero początek, ale taki dobry i pełen nadziei. Że mam czas, i mogę go sobie dać, że nie muszę się spieszyć ani bać. Jakoś tak. Jeszcze będę o tym myśleć i pisać.

Ta wiosna i lato były długą podróżą.

Dobrej jesieni, kochani. Wystarczająco dobrej. Nie musi być idealna.

Księgarnie i pożądania

Jeśli lubicie czytać, znacie może to uczucie gwałtownego pożądania w księgarni, kiedy znajdujecie książkę idealną? Taki nagły przypływ pewności i tęsknoty, że ta oto historia jest wam niezbędna do życia? W tym momencie, tu i teraz oto ubogaci was na zawsze, a jej czytanie będzie czystą rozkoszą? Ma intrygujący tytuł, należy do ulubionego gatunku, wydało ją to jedno wydawnictwo, które wydaje takie świetne książki. Patrzy na was. Błagalnie, kpiąco, znacząco. Wygląda znajomo, swojsko, do sięgnięcia, a jednocześnie jest czymś nowym, obcym, egzotycznym.

Bierzecie ją do ręki, nawet czcionka jest przyjemna dla oka. Opis z okładki, kolejne obietnice. Jak moglibyście ją ominąć? Zaglądacie na pierwszą stronę, i przepadliście. Napisane lekko, inteligentnie, z polotem. Językiem waszego serca, jakbyście autora dobrze znali. Wciągacie się od pierwszych zdań, które zdają się zaglądać wam w duszę jednocześnie opowiadając historię o tym, o czym jeszcze nie macie zielonego pojęcia. Przeglądacie ją, a tam kolejne opowieści, na każdej stronie ten język, ta sama moc, czujecie, że nie będziecie mogli przestać czytać. To tam jest, zupełnie nowy świat, wystarczyłoby kupić, zanurzyć się w nim, rozczytać, rozpłynąć. Tylko ta cena. Jeszcze to przemyśleć.

I idziecie dalej z tą książką w sercu, z tym pragnieniem, przy którym inne zbladły nagle. Bo nie chcecie przedmiotu, ale opowieści, doświadczenia, wiedzy, mądrości, zrozumienia tego co się wymyka, historii z dalekich krain, zaplecionych nici, kreatywności, nadziei, ucieczki, rozkoszy. To jest pewność, że w tej książce jest taka obfitość, że wystarczy wam na długo, że nakarmi tę część was, która właśnie tego potrzebuje, że przypomni wam się, dlaczego warto żyć na świecie.

Kupiłam tę książkę. I wszystkie poprzednie też.

Co się dzieje w ukryciu

Zastanawiam się, jak to jest – czuć się bezpiecznie w samej sobie. Zmieniam się, czuję jak w środku układa mi się i jaśnieje. Coraz lepiej się czuję sama ze sobą i powoli, mozolnie, przestaję się tak szarpać, jak dzikie zwierzę w klatce. Ciągle nie wiem, nie rozumiem, boli mnie i gniecie, przetacza się jak czołg, czasem zastygam jak gad w terrarium udając, że mnie nie ma, nic nie czuję, wszystko w porządku, chociaż nie. Ale jest lepiej. Tylko jak sobie przypomnę siebie sprzed roku, dwóch, pięciu, dziesięciu – to dreszcz. Jak ja mogłam funkcjonować. I teraz też – do zmiany.

Wiecie, że ja prawie nie mam dobrych wspomnień? W sensie, nawet, gdy działy się piękne, dobre rzeczy w moim życiu, świetnie pamiętam, jaki koszmar trwał w mojej głowie, w moim ciele, i tylko mnie to męczy. Nie lubię pamiątek. Nie zaglądam w stare zdjęcia. Nie chcę pamiętać samej siebie.

Nie wiemy, jak czują się inni ludzie. Z jakim piekłem rozpętanym w głowie muszą walczyć, jak spięte mają ciało, jak reagują na bodźce, które dla nas są przyjemną odmianą. Czasami, jak ktoś ci opowiada, to szczęka spada na podłogę.

Chodzi o to, że ja nie wiem, jak to jest. Nie mam pojęcia, i wczoraj mnie to uderzyło, jak to jest czuć się bezpiecznie w samej sobie. Jak to jest być zakorzenionym, spokojnym i łagodnym wobec siebie. Jak to jest mieć całe takie zaplecze, które w tobie zostaje – mądrą, wspierającą rodzinę, kochające się małżeństwo rodziców, dom, do którego można zawsze wrócić, o którym tak podskórnie myślisz, że jest domem. Móc pozwolić sobie na każdą myśl, emocję, ekspresję wobec samej siebie. Jak to jest czuć siebie, swoje ciało i bycie. Chcieć troszczyć się o samą siebie, żeby to przychodziło naturalnie, w pierwszym odruchu. Jak to jest być tu i teraz. Jak to jest mieć zgodę na samą siebie, pewność wobec prawa do istnienia. Jak to jest być chcianym, oczekiwanym, wspieranym elementem układanki. Jak to jest intuicyjnie, cieleśnie wręcz odbierać świat jako bezpieczne, ciekawe, zachwycające miejsce. Mieć w nim i znajdować ludzi, którym można opowiadać swoje opowieści. Nosić w sobie, we wnętrzu bezpieczne schronienie, dzięki któremu radzisz sobie z problemami nie krzywdząc się dodatkowo. Jak to jest nie walczyć.

Nie wiem. Ale teraz już wiem, czego nie wiem. I chciałabym się dowiedzieć.

Są w życiu ważne rzeczy #lato

Długie, senne popołudnia lipcowe. Chmury pędzące po niebie po ulewnym deszczu. Nagłe skurcze serca na widok czegoś, co kłuje nas w coś, o czym sami nie wiedzieliśmy. Pierwszy pocałunek po dłuższej nieobecności. Deszczowe poranki, które można spędzić w łóżku. Wiadomość od dawno nie widzianego przyjaciela. Słońce odbite w kałuży. Bilety na samolot na za dwa miesiące. Piosenki o miłości w środku nocy. Koronkowe staniki. Wygodne buty, w których można iść szybko i wolno, jak się woli. Zapach powietrza po burzy. Własna przestrzeń. Że się chce. Orgazmy. Krok w tył, by wziąć rozbieg. Wieczory sierpniowe. Jak widzimy morze po raz pierwszy od dłuższego czasu i zapiera nam dech jak wtedy, gdy mieliśmy trzy lata. Kot na parapecie. Położenie się do łóżka po długim dniu, po każdym dniu. Gołe nogi latem. Jak cię ktoś nagle zabierze nad wodę. Piasek pod stopami. Miasto w świetle zachodzącego słońca. Słodycze z obcego kraju. Twoje imię wypowiadane z obcym akcentem. Plany na jesień snute podczas upałów.

Moje książki

Lubię czytać, a do książek stosunek zmienia mi się wraz z podejściem do życia. Ostatnio regał na którym trzymałam swoje zbiory zawalił się z hukiem rozsypując je po całym pokoju, w środku nocy zresztą, zmuszając mnie do małych porządków. Oto kategorie książek, które posiadam:

1. Książki, które uwielbiam, przeczytałam z ogromną przyjemnością i samo patrzenie na nie sprawia przyjemność, do głaskania i wracania, o przyjemnie, od nowości, zużytych przeze mnie kartkach. Pani Dalloway, Fale Virginii Woolf, eseje Capotego, Władca Pierścieni i Ziemiomorze.

2. Klasyka, którą głupio wyrzucić. Pięknie wydany Pan Tadeusz, który bardziej mnie straszy niż zachęca.

3. Pięknie wydane przypadkowe znaleziska, których nie mam ochoty czytać. Literacka biografia Kapuścińskiego, serio?

4. Przydługie pamiętniki/wspomnienia/listy ludzi, którymi jestem zafascynowana, ale nie chce mi się ich czytać, no bo za długie i nieco nużące. Oczywiście pięknie wydane. Do zaglądania. Beauvoir, Sontag, Kafka.

5. Przypadkowa proza, którą miałam kiedyś ogarnąć. Wyglądała bardziej interesująco na półce księgarni niż mojej. Powieść iberoamerykańska bez akapitów. Nope.

6. Książki do przeczytania kiedyś. Nie wiadomo kiedy. Może nigdy, powoli się z tym godzę. Powieści ukochane przez mojego ukochanego pisarza. Książki polecone przez dawnego ukochanego. Nic, co sama mogłabym pokochać.

7. Książki kupione tylko dlatego, że kosztowały pięć złotych. Plaga jakaś. Książka o krewetkach?! Historia kotów?!

8. Poezja. Chwiejący się stos poezji, z której ja tylko Pawlikowska-Jasnorzewska i Osiecka. Wolę pisać wiersze niż je czytać. Tak, że tego.

9. Książki, które musiałam kupić już, teraz, zaraz, przeczytałam jednym tchem, ale wiem, że nigdy do nich nie wrócę. Ale i tak je kocham.

10. Klasyka antropologii kulturowej, spadek po studiach. Malinowski, Levi-Strauss i Benedict w starych wydaniach, których tak bardzo nie lubię. Nie lubię starych książek. Z całym szacunkiem, one śmierdzą.

11. Książki z młodości, które zapisały mi się w sercu i ciele i których nie oddam nigdy, choć już nie chcę do nich wracać – seria o Ani z Zielonego Wzgórza i Harry Potter, wszystkie siedem części. Skarb.

12. Absurdalna ilość książek autorstwa Stephena Kinga, który jest moim ukochanym brukowym pisarzem, najgłębiej skrywanym guilty pleasure. Autor horrorów zamiast skupiać się na nadnaturalnym opisuje szczegółowo życie małych amerykańskich miasteczek. Może dlatego tak je lubię. Nie chcę wiedzieć ile godzin życia na to zmarnowałam. Cmętarz Zwieżąt i Misery zaczytane na amen.

13. Książki, o których istnieniu nie pamiętam, kompletnie nieistotne. Tylko leżą.

14. Jeden dramat. Rzeź Jasminy Rezy.

15. Bajki, które w dzieciństwie czytała mi babcia, których ilustracje dalej zachowały jakąś mistyczną aurę.

16. Książki, które kupiłam w przypływie ambicji – przeczytam! Ulisses Joyce’a. Nie ma takiej opcji.

17. To wszystko, co wyniosłam do przedpokoju, ale nie starczyło mi siły, by zrobić z tym coś więcej.

Czas na porządki. Jakie macie książki?

Ania z Zielonego Wzgórza na nowo

Serial Ania, nie Anna (Anne with an E) stworzony przez Moirę Walley-Beckett, dostępny na Netlix.

Zakochałam się w tym serialu. Obejrzałam pierwszy sezon w jeden dzień, nie mogąc opuścić tego świata aż do ostatniego odcinka.

Przeczytałam wszystkie książki Lucy Maud Montgomery dostępne w mojej dziecięcej bibliotece po kilkanaście razy. Serię o Ani mam na półce do tej pory i znam ją na pamięć. Kojarzą mi się z wakacjami u babci, skuteczną ucieczką od rzeczywistości i pierwszą lekcją zachwytu nad przyrodą, może w trochę zbyt sentymentalnej formie. Problem tych opowieści polega na tym, że są zbyt przesłodzone. Ta zdolność nadawania przez Anię każdej chwili posmaku magii, piękna i tajemnicy w pewnej chwili zaczyna irytować, zwłaszcza, gdy Ania staje się starsza. Dużo bardziej przemawiała do mnie Emilka z jej miesiącami spędzonymi w rozpaczy i zniechęceniu.

To, co najbardziej mnie urzekło w serialu, to wzięcie tej historii i nadanie jej głębi i surowości zachowując przy tym sielankowość krajobrazu i otoczenia. Patrzenie na Avonlea, przyrodę, która je otacza, domy z tym całym staroświeckim wyposażeniem, kobiety w długich sukniach sprawia autentyczną estetyczną przyjemność. To jest świat, który sobie wyobrażałam czytając książki, nawet to ciepłe, zgaszone światło gdzieś tam jest. Przy tym, świat relacji międzyludzkich jest dużo mroczniejszy – Ania wchodzi do zamkniętej wspólnoty, która instynktownie nie lubi obcych, i musi się w tym odnaleźć. Ludzie bywają okrutni, niesprawiedliwi, mają wąskie horyzonty, w których nie mieszczą się sprawy spoza ich kręgu.

Ania ma przeszłość. W serialu mocniej zaznaczono, że w dzieciństwie przeżyła coś, co wiąże się z traumą, że to musiało w niej pozostać. Nie jest już cukierkowa, jest wyrazistą postacią z krwi i kości z dużym temperamentem. Jest starsza niż w książce. Ma swoją ciemną stronę. I to jest cudowne móc ją wreszcie zobaczyć w taki sposób.

Ania jest kobietą. To oznacza, że jej życie jest i będzie dużo bardziej ograniczone, co powoli do niej dociera. Wątek feministyczny jest wyraźnie zaznaczony, ale nie przytłaczający. Aktualny. Scena, kiedy Ania dostaje okres – rewelacyjna, podobnie jak wątek nowoczesnych matek, które troszczą się o edukację córek. Dużo jest takich smaczków – wątków, dialogów, które nigdy nie pojawiły się w książce, a aż się proszą o poruszenie, skoro główną bohaterka jest kobieta.

Mam wrażenie, że wzięto z całej historii to co niezbędne i nadano temu zupełnie inny wydźwięk – głębszy, surowszy, bardziej rzeczywisty, i zrobiono to świetnie, z lekkością i wdziękiem. To już nie jest baśń o tym, jak dobro zwycięża zło. To opowieść zanurzona w realiach. Postaci są tak napisane, że stoi za nimi coś więcej. Czuć, że to ludzie z krwi i kości, którzy coś mówią, ale mają swój świat, nie są tylko rolą w społeczności. Chyba ta prawda psychologiczna sprawiła, że z taką przyjemnością oglądałam kolejne odcinki.

Aktorzy są rewelacyjni. Począwszy od Ani, którą wyobrażałam sobie dokładnie tak – nie piękną, ale charakterystyczną, z oczami pełnymi światła i wyrazistą mimiką, twarzą na której malują się wszystkie emocje. Maryla – surowa i ciepła jednocześnie. Wrażliwy, nieśmiały Mateusz. Małgorzata/Rachel Linde, która ma w sobie tyle odcieni, podobnie jak Gilbert Blythe. Są lepsi niż w mojej wyobraźni.

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Wzięto jedną z moich ukochanych opowieści i zrobiono z niej coś dużo lepszego niż była oryginalnie. Opowiedziano ją na nowo dorosłej mnie. To, co w mojej dziecinnej wyobraźni było dosyć płaskie i cukierkowe, co musiałam w pewnym momencie za sobą zostawić, przywrócono mi teraz pogłębione, mroczniejsze, prawdziwsze, bardziej żywe. Piękno i urok, które zawsze miała dla mnie ta historia nabrały przez to jakiejś prawdy, chropowatości, siły, której nie miał oryginał.

A teraz drugi sezon. Całe szczęście.

Ulubieńcy maja i czerwca 2018

W maju i czerwcu byłam raczej osobą pozbawioną entuzjazmu, zebrałam więc moich ulubieńców z dwóch miesięcy. Oto oni:

1. Lody rzemieślnicze sorbet żółta śliwka. Jadłam je raz i nie mogę zapomnieć tego smaku rozpoczynającego się lata i słońca.

2. Moje dwudzieste ósme urodziny. Kameralne, tak jak chciałam. Rano film, potem bajgle z przyjaciółką, majowa ulewa, wieczorem wino i inne słodycze. Miły dzień.

3. Książka: Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karoliny Bednarz. Absolutnie fascynująca lektura. Zbiór reportaży o kobietach w Japonii w których osobiste narracje przeplatają się z faktami z historii Japonii i antropologiczną analizą kultury. Nie mogłam się oderwać, a z drugiej strony musiałam, bo traktowałam ją zbyt osobiście i emocjonalnie mnie trochę zdruzgotało. Tu moja opinia.

4. Film: Ella i John w reżyserii Paolo Virzì. Poszłam na to do kina ze względu na reżysera, który zrobił zachwycające Zwariować ze szczęścia i nie zawiodłam się, chociaż fabuła w której dwoje staruszków rusza w podróż starym kamperem nie brzmiała przekonująco, umówmy się. Film jest absolutnie urzekający, słodko – gorzki, melancholijny, zabawny i uniwersalny. A ulubieńcem zostaje za mój wybuch płaczu na końcu w kinie pełnym ludzi. Czego chcieć więcej.

5. Breloczek z Rumim. Nie wiem z czego to wynika, ale uwielbiam ten mały przedmiot. Ktoś, kto pochodzi z tureckiej Konyi przywiózł mi stamtąd breloczek z wizerunkiem pogrążonego w zamyśleniu sufickiego poety-mędrca Rumiego oraz jego ucznia z zakonu wirujących derwiszów. Kołysząc się przy moich kluczach przypomina mi o sprawach, które są ważne: podróżach, rozmowach o różnicach, umiejętności cieszenia się życiem i kontakcie z wewnętrzną prawdą.

6. Miejsce: Brno. Stolica Moraw to kameralne miasto o uroczym zabytkowym centrum otoczone wzgórzami, na które można się wspiąć, żeby wiatr potargał nam włosy. Dużo miłych kawiarni i zacisznej zieleni. Miejsce o dobrej energii.

7. Piosenka: Sky full of song Florence and the Machine. Odkryłam ją pewnej niespokojnej czerwcowej nocy i pierwszy raz od bardzo dawna poczułam, jaką sztuka ma moc spajania pękniętych kawałków. Piosenka o mnie.

8. Gra planszowa: Ognisty podmuch. Kooperacja, wyciągacie ludzi z płonącego budynku i gasicie ogień. Kłócicie się z przyjaciółmi, a oni giną za wasze błędy. Nic skomplikowanego, sama przyjemność.

9. Serial: BoJack Horseman na Netflix. Serial animowany, którego głównym bohaterem jest antropomorficzny koń, podupadła gwiazda Hollywoo(d), nieradzący sobie z życiem i przeszłością, którego otacza całe mnóstwo fascynujących osobowości. Moja niemożność oderwania się od tej produkcji wynikała z: błyskotliwych dialogów, utożsamienia się z głównym bohaterem i niewymuszonego, gorzkiego humoru, który ją wypełnia. Zanurzasz się w absolutnym absurdzie, z którego składa się codzienne życie. Ech, chciałabym być jak Peanutbutter, ale nigdy, nigdy nie będę. I to chyba jednak nie moja wina.

A teraz lato. Co z nim zrobić?

Dobrego!