#ulubieńcy lipca 2017

Lipiec nigdy nie był dla mnie dobrym miesiącem. Nie inaczej było w tym roku – masa rzeczy mi nie wyszła, ale to znaczy, że przynajmniej próbowałam. Przy okazji, nauczyłam się całego mnóstwa takich, których zupełnie nie planowałam. Oto moi lipcowi ulubieńcy:

1. Szara sukienka z H&M. Po pierwszej wypłacie w euro poszłam do mojej ulubionej sieciówki i kupiłam sobie to cudo. Ciemnoszara, krótka, miękko układająca się sukienka ze zwężeniem w talii, w której moja sylwetka nabiera jakiejś harmonii i lekkości. Czuję się w niej fantastycznie, jednocześnie swobodnie i kobieco i to w niej spędziłam najmilsze chwile lipca.

2. Cheesecake. Sernik nowojorski, znaczy się, najlepszy kawałek ciasta, jaki jadłam w swoim życiu. Przy okazji okryłam moją ulubioną kategorię ciast. I właśnie stoję przed wyzwaniem, jak to opisać. Na cieniutkiej podstawie z maślanego, kruchego ciasta gładziutko zmielony, słodki, lekko kwaskowy, puszysty twaróg – chmurka, mięciutki, rozpływający się w ustach, ale wyrazisty, o przyjemnej, stawiającej opór teksturze. Do tego sos, który smakował jak świeże, leśne owoce. No, nie potrafię. Muszę się nauczyć robić coś takiego w domu.

3. Srebrna bransoletka z H&M – róża wiatrów. Maleńkie, niedrogie cudo, znalezione na półce z przecenioną biżuterią. Cieniutki łańcuszek połączony blaszką z różą wiatrów, subtelny symbol podróży i zmian. Noszę nieustannie, zerkam na nią i myślę o miłych rzeczach.
Na Wikipedii wyczytałam, że powinnam to określić jako 8-rumbową różę kompasową. Wykreślano je na mapach już w starożytności, a rozkwit (sic!) róży kompasowej przypada na XIV – XVII wiek. Podobno mapy i róże wiatrów pięknie wykreślali Włosi. Może to i prawda.

4. Mój język angielski w praktyce. Oto przestał być kolejnym zbiorem zasad do opanowania, żeby spełnić czyjeś oczekiwania (nauczycieli, rynku pracy) a stał się cudownie niedoskonałym, ale działającym narzędziem do komunikacji z ludźmi z całego świata. Jestem w tym punkcie – przestałam się bać. Kaleczę niesamowicie, zacinam się, nie rozumiem połowy rozmowy, ale rozmawiam, w końcu, po dwudziestu latach, odkąd zaczęłam się uczyć. Nie macie pojęcia, ile to dla mnie znaczy.

5. Moje imię wypowiadane przez obcokrajowców. Zawsze lubiłam ten moment, kiedy przedstawiam się, a ktoś, kto mieszka w innym języku, wymawia moje imię. W lipcu miałam do tego sporo okazji. Za każdym razem brzmi ono inaczej – z innym akcentem, inną wymową głosek. Jakbym słyszała je pierwszy raz w życiu.

6. Słownik nieoczywistych smutków, czyli The Dictionary od Obscure Sorrows Johna Koeniga. Jaki cudny koncept! Nie wiem dlaczego nigdy o tym nie pomyślałam, ale to jest tak doskonały pomysł. Autor nadał nazwy i opisał w fikcyjnym słowniku emocje, stany, uczucia, na które nie ma w języku określeń, ale które są rzeczywiste jak poranna kawa. Dowiedziałam się tego z wpisu Myślnik Stankiewicza, który stworzył własne słowa – absolutnie przewspaniałe. Czytałam to w pociągu i uśmiechałam się z czułością, jakbym dostała wiadomość od ukochanego. Dla takich olśnień mam Internet.

7. Miejsce: Erasmusbrug w Rotterdamie. Ten most, który pierwszy wyskakuje w Google jako perełka architektoniczna Rotterdamu. Jest naprawdę piękny, a ja szłam przez niego niespiesznie w pewien lipcowy wieczór w magicznej godzinie zmierzchu i świateł, kiedy każde miasto nabiera baśniowego uroku. Pachniało morskim wiatrem, po Nowej Mozie płynęły statki, a mnie się zdawało, że jasne przęsła mostu tworzą bramę, przez którą przechodzę do czegoś nowego. Absolutnie absurdalne i niewytłumaczalne uczucie, które zdarza się nieczęsto i szybko mija. Do słownika.

Cieszę się, że lipiec się skończył. Teraz sierpień – linia zmiany światła, pierwsze zapachy jesieni w powietrzu.

Dobrego, kochani!

woda, czyli czego się boisz?

Mój ojciec nauczył mnie mnóstwa rzeczy. Do dzisiaj pamiętam lekcję wchodzenia do wody. Doskonale sobie przypominał, jak mi tłumaczył – najpierw wchodzisz do kolan, potem ochlapujesz nogi, zanurzasz dłonie, ochlapujesz przedramiona, potem ramiona, brzuch, klatkę piersiową. Potem powoli się zanurzasz. Jak nagle wskoczysz do wody w gorący dzień, to może ci stanąć serce. Do dzisiaj pamiętam tę upiorną perspektywę. Słuchałam go, najmądrzejszego człowieka na świecie, z przejęciem, przez całe dzieciństwo. Byłam pewna, że wie absolutnie wszystko.

Próbuję sobie przypomnieć, gdzie to było – nasze pierwsze wakacje nad morzem, późniejsze na Mazurach? To musiała być Skawica, wieś w Beskidzie Żywieckim. Wakacje u babci, ojciec pokazywał mi jak się zanurzyć w lodowatej górskiej rzece, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Mogłam spędzić w tamtej wodzie wiele godzin. Do dzisiaj pamiętam nurt rzeki napierający na moje ciało, śliskie kamienie, zapach wody. Pierwsze w ciągu ciepłego, letniego dnia zanurzenie, wielką ulgę. Tak więc ojciec z jednej strony nauczył mnie pływać, a z drugiej bać się wody. To dobrze, zawsze byłam ostrożna, a więc – bezpieczna. Nigdy nawet nie zdarzyło mi się groźniej zachłysnąć. Zawsze sobie radziłam. To źle, bo nauczył mnie bać się absolutnie wszystkiego. Nie celowo. Tylko tak wyszło. Przekazał mi lęk jak genetyczne obciążenie groźną chorobą.

Do dzisiaj lubię wodę. Nie pływać, ale zanurzać się w wodzie, czuć jej dotyk na skórze, to jak kołysze całe ciało, chłodzi je i uspokaja. Lubię zapach wody, chłodny wiatr znad morza, wilgotne powietrze, którym łatwiej się oddycha. Czasami też śni mi się woda – i wtedy zwykle jest groźna. Głębia jest ciemna, roi się od wodorostów, samo przebywanie w jej pobliżu jest pełne lęku. We śnie staram się nie wchodzić do wody, jeśli mi się to zdarza, zaczynam tonąć.

Nie boję się wody. Tylko jej nie ufam.

takie są wtorki

 

Na jedno radosne zdjęcie na Instagramie – dobre jedzenie, podróże, czas z przyjaciółmi… Na jedno takie zdjęcie ile napadów paniki, ataków płaczu, nerwowych skurczów? Kiedy mi dobrze, zdjęcie w sieć. I ono jest jedno, na całą szarą codzienność i problemy ze sobą, na całe nieudane, nie dość przeżyte życie. Nie chcesz się popisywać. Chcesz upewnić samego siebie, że jesteś do szczęścia zdolny, że to ci się naprawdę należy, tak, jak każdemu człowiekowi. Zatrzymać coś przy sobie.

Wczoraj miałam dobry dzień. A wieczorem potworny atak płaczu, wielkie nerwy, nie umiałam spać. Żeby się uspokoić o jedenastej w nocy ugotowałam makaron z mocno przyprawionym, gorącym sosem. Zjadłam ostatniego loda malinowego Magnum na czarną godzinę. Koła ratunkowe. Nigdy za wiele, nigdy dość. Pamiętam, jak dawkowałam sobie przyjemności, pocieszenia, zachwyty, bo czułam wewnętrznie, że nie zasługuję na więcej. Kto mnie (nas) tego nauczył? Dobra w życiu nigdy nie jest dość. Troski o siebie. Jeszce nie umiem. Uczę się różnych rzeczy od nowa, jakbym znowu miała siedemnaście, a nie dwadzieścia siedem lat. Nic jeszcze nie wiem. Ale zrzuciłam z siebie wielki ciężar, kiedy dowiedziałam się, że nie muszę być najlepsza. I bardzo poważnie myślę o podjęciu terapii. Właśnie teraz, kiedy jest lepiej, a ja doskonale widzę, ile czasu straciłam męcząc się bez sensu.

A oto moje ulubione danie – pocieszacz:

  • Dużo dobrego makaronu. Najlepiej spaghetti. Ugotować.
  • Do tego sos – wyjąć z lodówki, z kuchennych szafek, co lubicie, jakieś zapomniane zapasy. U mnie trochę masła, jakieś warzywko (cebula, marchewka, fasola z puszki, pomidor malinowy) i przyprawy. Moje ulubione to sos sojowy, sos chili, czarny pieprz, szczypta cynamonu, ocet, cukier. Żeby było trochę słodyczy, ostrości, kwaśnego.Podsmażyć, poddusić.
  • Na patelni łączymy makaron z sosem i jemy przed laptopem, oglądając ulubiony film na You Tube, jeden za drugim. Jemy aż uczucie ściśnięcia żołądka minie i zastąpi je błogie ciepło.

bajgle, lody i Adaś Miauczyński

Zły tydzień w złym mieście. Zjadłam dziś bajgla na pocieszenie, który niestety nie dorównał tym w Kato. Podobnie lody, które kiedyś uwielbiałam, w tym roku okazały się dużo gorsze niż te w Kato. Nie, że tęsknię. Bo nie tęsknię, aż mnie samą to dziwi. Tylko w Brabancji Północnej nie pachnie morzem, i wiatr jest za słaby. Nie jest źle, tylko byle jak.

Nie wiem, czy widzieliście Ajlawju Marka Koterskiego. Nie jestem fanką polskiego kina tamtego okresu, natknęłam się ostatnio na ten film przerzucając kanały telewizyjne. Zatrzymałam się zdumiona trafnością monologów wewnętrznych Adasia Miauczyńskiego. A o wybuch śmiechu przez łzy przyprawiła mnie scena, w której Adaś przyjechał do Nowego Jorku, okupując swoją szansę masą złych emocji i natrętnych, nerwicowych myśli, staje w czapce i plecaku naprzeciw brzydkiego podwórka i mówi: Normalnie, kurwa, Łódź. Każdy ma swoją Łódź. A Tilburg też jest do Łodzi całkiem podobny, niestety.

Ale wniosek na dziś jest inny – człowiek przyzwyczaja się do dobrego. Dobre bajgle, dobre lody to znakomita metafora i punkt wyjścia. Jak raz skosztujesz czegoś, co jest dobre, to chcesz więcej i więcej, i nikt ci nie wmówi, że zasługujesz na mniej i gorzej. Idąc tym tokiem myślenia kupiłam sobie dziś spodnie, w których mój tyłek wygląda świetnie. I mam plan.

potrzebujemy więcej czasu niż nam się wydaje

Pakowanie małych pudełek do większego. Ile z nich musiało przesunąć mi się między rękami, bym złapała rytm, o który chodziło? Każda zmiana, ciastko zamiast kubeczka, miękka babeczka zamiast zmrożonego soku, rytm się gubi, trzeba zaczynać od nowa. Ciało przyzwyczaja się do określonego ruchu, faktury, ciężaru. Każdego nowego sposobu trzeba uczyć się jak dziecko.

Ile razy musiałam powiedzieć sobie – jesteś wartościowym człowiekiem, zasługujesz na szacunek, na miłość, na szczęście – by w to uwierzyć? Żeby moje ciało zareagowało po raz pierwszy w nowy sposób. Żeby opuściło mnie napięcie związane ze wstydem i wystawieniem na ocenę. Pamiętam, jak mój umysł już ogarnął – każdy się boi, a ja wcale nie jestem gorsza od innych – ale moje ciało przy każdym kontakcie z drugim człowiekiem, publicznym wystąpieniu, reagowało po swojemu. To nie był stres, to był regularny, powtarzający się horror. Uwierzycie, że myślałam, że inaczej się nie da?

W najgłębszej fazie epizodu depresyjnego leżałam w łóżku przez kilka tygodni i powtarzałam sobie, zamiast dotychczasowej mantry nienawiści i poczucia winy, że już dobrze. Teraz mogę leżeć i odpoczywać po bitwie. Kocham cię i chcę się o ciebie zatroszczyć. Chcesz leżeć – to leż, widocznie tego potrzebujesz. Jesteś piękna, mądra, dobra, wszystko z tobą w porządku, masz prawo do swoich emocji, błędów, nadziei. Początkowo to było jak szept w środku rockowego koncertu – ze sceny leciały wyzwiska, bluzgi, hejt. Aż powoli, w przeciągu kilku miesięcy, chociaż przygotowywałam się do tego przez wiele lat, ten głos wzmocnił się i dotarł do mojego ciała. Zmieniłam swoją pierwszą reakcję na bodziec. Zamiast strachu – spokój, zamiast wstydu – radość ze spotkania, zamiast niechęci – pewność siebie. Nie macie pojęcia jaka jestem z tego dumna. I ile potrzebowałam czasu.

Nadal go potrzebuję. Na wszystkie złe lata ile potrzeba lat dobrych? Na wszystkie odrzucenia ile dowodów miłości i przywiązania? Na wszystkie walki ze sobą ile zgody na siebie? Nie ma za dużo miłości, szczęścia, szacunku. Nie ma za dużo czasu, żeby być dla siebie dobrym.

światła na wodzie

Może prowadzenie bloga nie jest dla ludzi, którzy nie są pewni. Siebie, swojego zdania, przekazu, który mają do świata. Tych, którzy na każdą odpowiedź mają tylko milion nowych pytań, dla których świat jest tak potwornie skomplikowany, że dokładnie do polifonii głosów swojego wydaje się nadużyciem. Którzy wolą milczeć i myśleć, i wcale im nie zależy, żeby innych nawracać, bo każdemu wnioskowi towarzyszy niepewność i świadomość utraty. Którzy skierowani są tak bardzo w głąb siebie, że nie starcza im energii na to, co na zewnątrz. To, co jeszcze wczoraj było ożywczą nowością dziś jest banałem i konserwą.

Stałam ostatnio nad dużym kanałem w jednej z dzielnic Haarlemu w Holandii i patrzyłam na światła odbite w wodzie. Przez jedną cudowną chwilę wydawało mi się, że wszystko w porządku, że to jest to miejsce w którym powinnam być. Czułam się wolna. Zdolna samej sobie zapewnić to, czego potrzebuję. Dziś, w innym mieście,czuję się niepewna i samotna. I to też dobrze. Ostatnio tak o tym myślałam – że jeśli przeżyło się depresję, to najgorszy dzień jest lepszy niż żaden. A już byle jaki to prawdziwy luksus.

Nie brakuje mi pomysłów. Brakuje mi narzędzi. Dyscypliny. Świadomości, że jest sens pisać w świecie, w którym ludzki mózg dławi się nadmiarem informacji. Ale jak nie pisać? Jak nie opowiedzieć tego wszystkiego, czego już nauczyłam się o świecie? W tym roku, w wieku 27 lat pierwszy raz uwierzyłam, że wszystko ciągle przede mną. Że nie muszę się tak męczyć z życiem, mogę to wszystko jakoś oswoić. Znaleźć swój sposób. Jeszcze tyle razy się pomylę, ale to nie szkodzi.

Powoli, bo mój wewnętrzny rytm to raczej slow.

#ulubieńcy czerwca 2017

Ulubieńcy! W czerwcu dużo się działo. Wypaliło się coś, co musiałam odłożyć na bok. Czasem jest tak źle, że trzeba po prostu przestać działać i pozwolić, żeby działo się samo, z nową energią. I zwrócić myśli w inną zupełnie stronę. I wiecie co, to chyba działa. Działają też leki, które dostałam od mądrych lekarzy, więc pamiętajcie – badajcie się, leczcie i zdrowiejcie. Ze swoim ciałem nie wygracie choćby wszyscy kołczowie na niebie i ziemi wmawiali wam, że dacie radę. Chrzańcie to. Nie musicie dawać rady. To rada ma dawać się sama, kiedy tego potrzebujecie. Dobra, więcej się nie wymądrzam, oto czerwcowi ulubieńcy, świeżutcy jak micha truskawek. No, dobra, trochę przywiędły, ale nadal są słodkie:
1. Książka: Na psa urok. Tu link do recenzji. Pierwszy tom serii Kronik Żelaznego Druida, urban fantasy – współczesny świat wymieszany z tym z Tolkiena i spółki. Jezu, jakie dobre. Jedna z książek, która rezonuje z moją duszą. W skrócie – w małym miasteczku w Arizonie żyje druid. Ma ponad dwa tysiące lat, ale wygląda jak dwudziestoletni Irlandczyk. Moc, którą dysponuje (a może to jego poczucie humoru) ściąga różne indywidua – celtyckie bóstwa, wampiry, wilkołaki, hinduskie boginie i całe mnóstwo postaci, które znacie ze światowych mitologii. Jest też akcent polski, a jakże, w postaci wiedźm, które uciekły przed nazistami. Rzadko dostajemy tyle dobra w jednej książce: świetny literacki warsztat, wartka akcja, niewymuszona erudycja autora, postacie z krwi i kości (i te ludzkie, i fantastyczne), świat skonstruowany z całego mnóstwa emocji i sprzecznych energii.
2. Kraj: Holandia. Wiecie, od połowy czerwca siedzę sobie w Holandii. Przyjechałam do pracy, jest dużo stresu, próby poradzenia sobie z nową sytuacją, walka z poczuciem niższości – ale ja nie o tym. Byłam tu kilka razy i zauroczona północną częścią kraju, obiecałam sobie, że jeśli wyjadę za granicę chociaż na jakiś czas do pracy, to właśnie tutaj. Przez ostatni czas mogłam do woli nacieszyć się zapachem morza, pochmurną pogodą, frytkami z majonezem, uroczą architekturą, wszechobecnymi zabytkami, urodą kobiet z różnych stron świata, luzem Holendrów i bliskością Amsterdamu. I powoli się odkochać, jak zawsze, kiedy codzienność dopieka zbyt mocno.
3. Lody McFlurry z M&M’s. To był taki moment, obce miasto, obcy ludzie, wszystko nagle inne, wyrwana z codzienności, tylko korzonki mi dyndały. I nagle McDonald, jedyna otwarta knajpa w okolicy, a w menu McFlurry z M&M’s, które smakują jak te w dzieciństwie. Maleńka kotwica w porcie ‚będzie dobrze’.
4. Miasto: Zandvoort. W tej części w Holandii, w której mieszkałam do niedawna oczywisty wydaje się powab Amsterdamu, pod którym pozostaję niezmiennie odkąd zobaczyłam go pierwszy raz. Haarlem to też bardzo piękne, bardzo stare miasto. Moje serce natomiast skradło ostatnio maleńkie nadmorskie miasteczko, w którym harmonijna, holenderska zabudowa ma jakiś kolonialny sznyt i barwny, ale nie przytłaczający urok. Nie wiem, w czym tkwi ta tajemnica, ale chciałabym ją rozwikłać. Przyjechałam tam na plażę, a wyjechałam z niezaspokojoną tęsknotą w sercu. Jak to ja.
5. Miejsce: Muzeum Teylersa w Haarlemie. Najstarsze muzeum w Holandii, otwarte nieprzerwanie od końca XVIII wieku. Przepiękny budynek, który powstał po to, by dawać świadectwo ludzkiej potęgi w duchu epoki. Wielkie gabloty pełne starannie skatalogowanych skamielin, minerałów i naukowych narzędzi, na które kładzie się stłumione, niderlandzkie światło pochmurnego popołudnia. Przestronne sale o skrzypiącej, drewnianej podłodze. Co wydało mi się najbardziej inspirujące, to obcość osiemnasto i dziewiętnastowiecznego sposobu myślenia, którym nasycone jest to wnętrze – od porządku architektonicznego przez sposób prezentacji po najmniejsze instrumenty z jakiegoś nieporęcznego materiału, o których nie mogłabym powiedzieć nic poza tym, że zrozumiałam na czym polega urok steampunku.
6. Piękna bielizna. Szczerze? Nigdy nie zwracałam szczególnej uwagi na tę część garderoby. Nie wiem, może do tego trzeba dorosnąć. Nagle odkryłam, na fali czerwcowych przecen w sklepach, jaka cudna część życia do tej pory mnie omijała. Szybko nadrobiłam zaległości przebierając wraz z innymi kobietami w koronkach i kokardkach, w jakimś tajemnym porozumieniu, którego nicią przewodnią jest miłość do swojego ciała i tego, co ukryte. Jakby co – tak, późno dorastam.
7. Borówka amerykańska. Nie przepadam za owocami, większość jest dla mnie za kwaśna albo ma nieprzyjemną konsystencję. W borówce szczególnie lubię teksturę, jest jak te kulki w bubble tea – napięta skórka pęka między zębami, a miąższ jest orzeźwiający i słodki. Super przekąska.
Chyba tyle. Miejcie cudne lato!