Ania z Zielonego Wzgórza na nowo

Serial Ania, nie Anna (Anne with an E) stworzony przez Moirę Walley-Beckett, dostępny na Netlix.

Zakochałam się w tym serialu. Obejrzałam pierwszy sezon w jeden dzień, nie mogąc opuścić tego świata aż do ostatniego odcinka.

Przeczytałam wszystkie książki Lucy Maud Montgomery dostępne w mojej dziecięcej bibliotece po kilkanaście razy. Serię o Ani mam na półce do tej pory i znam ją na pamięć. Kojarzą mi się z wakacjami u babci, skuteczną ucieczką od rzeczywistości i pierwszą lekcją zachwytu nad przyrodą, może w trochę zbyt sentymentalnej formie. Problem tych opowieści polega na tym, że są zbyt przesłodzone. Ta zdolność nadawania przez Anię każdej chwili posmaku magii, piękna i tajemnicy w pewnej chwili zaczyna irytować, zwłaszcza, gdy Ania staje się starsza. Dużo bardziej przemawiała do mnie Emilka z jej miesiącami spędzonymi w rozpaczy i zniechęceniu.

To, co najbardziej mnie urzekło w serialu, to wzięcie tej historii i nadanie jej głębi i surowości zachowując przy tym sielankowość krajobrazu i otoczenia. Patrzenie na Avonlea, przyrodę, która je otacza, domy z tym całym staroświeckim wyposażeniem, kobiety w długich sukniach sprawia autentyczną estetyczną przyjemność. To jest świat, który sobie wyobrażałam czytając książki, nawet to ciepłe, zgaszone światło gdzieś tam jest. Przy tym, świat relacji międzyludzkich jest dużo mroczniejszy – Ania wchodzi do zamkniętej wspólnoty, która instynktownie nie lubi obcych, i musi się w tym odnaleźć. Ludzie bywają okrutni, niesprawiedliwi, mają wąskie horyzonty, w których nie mieszczą się sprawy spoza ich kręgu.

Ania ma przeszłość. W serialu mocniej zaznaczono, że w dzieciństwie przeżyła coś, co wiąże się z traumą, że to musiało w niej pozostać. Nie jest już cukierkowa, jest wyrazistą postacią z krwi i kości z dużym temperamentem. Jest starsza niż w książce. Ma swoją ciemną stronę. I to jest cudowne móc ją wreszcie zobaczyć w taki sposób.

Ania jest kobietą. To oznacza, że jej życie jest i będzie dużo bardziej ograniczone, co powoli do niej dociera. Wątek feministyczny jest wyraźnie zaznaczony, ale nie przytłaczający. Aktualny. Scena, kiedy Ania dostaje okres – rewelacyjna, podobnie jak wątek nowoczesnych matek, które troszczą się o edukację córek. Dużo jest takich smaczków – wątków, dialogów, które nigdy nie pojawiły się w książce, a aż się proszą o poruszenie, skoro główną bohaterka jest kobieta.

Mam wrażenie, że wzięto z całej historii to co niezbędne i nadano temu zupełnie inny wydźwięk – głębszy, surowszy, bardziej rzeczywisty, i zrobiono to świetnie, z lekkością i wdziękiem. To już nie jest baśń o tym, jak dobro zwycięża zło. To opowieść zanurzona w realiach. Postaci są tak napisane, że stoi za nimi coś więcej. Czuć, że to ludzie z krwi i kości, którzy coś mówią, ale mają swój świat, nie są tylko rolą w społeczności. Chyba ta prawda psychologiczna sprawiła, że z taką przyjemnością oglądałam kolejne odcinki.

Aktorzy są rewelacyjni. Począwszy od Ani, którą wyobrażałam sobie dokładnie tak – nie piękną, ale charakterystyczną, z oczami pełnymi światła i wyrazistą mimiką, twarzą na której malują się wszystkie emocje. Maryla – surowa i ciepła jednocześnie. Wrażliwy, nieśmiały Mateusz. Małgorzata/Rachel Linde, która ma w sobie tyle odcieni, podobnie jak Gilbert Blythe. Są lepsi niż w mojej wyobraźni.

Jestem pod ogromnym wrażeniem. Wzięto jedną z moich ukochanych opowieści i zrobiono z niej coś dużo lepszego niż była oryginalnie. Opowiedziano ją na nowo dorosłej mnie. To, co w mojej dziecinnej wyobraźni było dosyć płaskie i cukierkowe, co musiałam w pewnym momencie za sobą zostawić, przywrócono mi teraz pogłębione, mroczniejsze, prawdziwsze, bardziej żywe. Piękno i urok, które zawsze miała dla mnie ta historia nabrały przez to jakiejś prawdy, chropowatości, siły, której nie miał oryginał.

A teraz drugi sezon. Całe szczęście.

Reklamy

Ulubieńcy maja i czerwca 2018

W maju i czerwcu byłam raczej osobą pozbawioną entuzjazmu, zebrałam więc moich ulubieńców z dwóch miesięcy. Oto oni:

1. Lody rzemieślnicze sorbet żółta śliwka. Jadłam je raz i nie mogę zapomnieć tego smaku rozpoczynającego się lata i słońca.

2. Moje dwudzieste ósme urodziny. Kameralne, tak jak chciałam. Rano film, potem bajgle z przyjaciółką, majowa ulewa, wieczorem wino i inne słodycze. Miły dzień.

3. Książka: Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karoliny Bednarz. Absolutnie fascynująca lektura. Zbiór reportaży o kobietach w Japonii w których osobiste narracje przeplatają się z faktami z historii Japonii i antropologiczną analizą kultury. Nie mogłam się oderwać, a z drugiej strony musiałam, bo traktowałam ją zbyt osobiście i emocjonalnie mnie trochę zdruzgotało. Tu moja opinia.

4. Film: Ella i John w reżyserii Paolo Virzì. Poszłam na to do kina ze względu na reżysera, który zrobił zachwycające Zwariować ze szczęścia i nie zawiodłam się, chociaż fabuła w której dwoje staruszków rusza w podróż starym kamperem nie brzmiała przekonująco, umówmy się. Film jest absolutnie urzekający, słodko – gorzki, melancholijny, zabawny i uniwersalny. A ulubieńcem zostaje za mój wybuch płaczu na końcu w kinie pełnym ludzi. Czego chcieć więcej.

5. Breloczek z Rumim. Nie wiem z czego to wynika, ale uwielbiam ten mały przedmiot. Ktoś, kto pochodzi z tureckiej Konyi przywiózł mi stamtąd breloczek z wizerunkiem pogrążonego w zamyśleniu sufickiego poety-mędrca Rumiego oraz jego ucznia z zakonu wirujących derwiszów. Kołysząc się przy moich kluczach przypomina mi o sprawach, które są ważne: podróżach, rozmowach o różnicach, umiejętności cieszenia się życiem i kontakcie z wewnętrzną prawdą.

6. Miejsce: Brno. Stolica Moraw to kameralne miasto o uroczym zabytkowym centrum otoczone wzgórzami, na które można się wspiąć, żeby wiatr potargał nam włosy. Dużo miłych kawiarni i zacisznej zieleni. Miejsce o dobrej energii.

7. Piosenka: Sky full of song Florence and the Machine. Odkryłam ją pewnej niespokojnej czerwcowej nocy i pierwszy raz od bardzo dawna poczułam, jaką sztuka ma moc spajania pękniętych kawałków. Piosenka o mnie.

8. Gra planszowa: Ognisty podmuch. Kooperacja, wyciągacie ludzi z płonącego budynku i gasicie ogień. Kłócicie się z przyjaciółmi, a oni giną za wasze błędy. Nic skomplikowanego, sama przyjemność.

9. Serial: BoJack Horseman na Netflix. Serial animowany, którego głównym bohaterem jest antropomorficzny koń, podupadła gwiazda Hollywoo(d), nieradzący sobie z życiem i przeszłością, którego otacza całe mnóstwo fascynujących osobowości. Moja niemożność oderwania się od tej produkcji wynikała z: błyskotliwych dialogów, utożsamienia się z głównym bohaterem i niewymuszonego, gorzkiego humoru, który ją wypełnia. Zanurzasz się w absolutnym absurdzie, z którego składa się codzienne życie. Ech, chciałabym być jak Peanutbutter, ale nigdy, nigdy nie będę. I to chyba jednak nie moja wina.

A teraz lato. Co z nim zrobić?

Dobrego!

#książka Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karoliny Bednarz.

Dawno nie czytałam tak poruszającej, pięknie napisanej książki. Uwielbiam ją za styl, rzetelność, umiejętne splatanie zaplecza historyczno-antropologicznego z osobistymi narracjami i pasję, która przebija przez każdą kartkę.

Kwiaty w pudełku to zbiór reportaży o kobietach w Japonii. Fascynujący wgląd w złożoną kulturę Japonii (przy okazji w sposób analizowania kultury w ogóle) uczyniony przez pryzmat jej członków, którzy symbolicznie stoją niżej – czyli kobiet. Kobiet z różnych środowisk, w różnym wieku, z przebogatym zestawem doświadczeń.

Siłę książki stanowi jej uniwersalizm. To portret człowieka w świecie pełnym sił, na które nie ma wpływu. To książka o życiu w świecie skrojonym z przemocy, skostniałych zasad i wymyślonych w gabinetach planów na społeczeństwo, które nijak mają się do złożoności ludzkiego doświadczania świata. To nie jest książka tylko o Japonii w takim razie. Tak trudno mi było emocjonalnie unieść tę pracę ze względu na to, że miałam wrażenie, że czytam o doświadczeniu bardzo mi bliskim, o swoim świecie, w którym cierpienie jest wpisane w funkcjonowanie w społeczeństwie.

Karolina ma talent do sięgania do tego co w kulturze ukryte, ciemne i bolesne nie dla sensacji, ale lepszego jej zrozumienia. Coś mi mówi, że autorka ma na nosie te same, pesymistyczne okulary, przez które łatwiej jej dojrzeć cierpienie i narracje, które za nim stoją. To tam – w tym o czym głośno się nie mówi, czego się nie nazywa, co zepchnięte na margines kryje się klucz do zrozumienia w jakim świecie żyjemy. Karolina pięknie – i strasznie o tym pisze.

Lektura książki jest przyjemnością na wielu płaszczyznach – piękny język, wirtuozersko wplecione w narrację fakty historyczne, statystyki, obserwacje antropologiczne i osobiste historie kobiet, które autorka traktuje z ujmującym szacunkiem. Emocjonalnie natomiast wyczerpuje – za dużo w tych opowieściach i statystykach bólu, przemocy, wyższych idei w imię których jakoś zawsze cierpi zwykły człowiek. Przy każdym rozdziale szarpało mną mocniej, musiałam przerywać lekturę, żeby nie dać się pochłonąć poczuciu bezsilności.

Urzekła mnie antropologiczna głębia, z którą Karolina – wrażliwy, inteligentny człowiek – prezentuje japońską rzeczywistość utkaną z tych osobistych opowieści. I jest tam poezja, i twarda proza życia, i kulturoznawcza wrażliwość, tło historyczne, ciekawe opowieści, Japonia i życie, które buzuje pod powierzchnią stereotypów i uproszczeń.

Karolina, dziękuję Ci za tę książkę. Jest doskonała.

ulubieńcy kwietnia 2018

Kwiecień umknął. Było dużo spotkań, trochę niespodziewanych emocji, krótka podróż, bzy na wzgórzu zamkowym, lody o dziwnych smakach i ucieczki od odpowiedzialności w to, co wydawało się ważniejsze. Fajnie było. Ulubieńcy kwietnia.

1. Album muzyczny: Young as the Morning, Old as the SeaPassenger. Łagodna, gitarowo-folkowa nuta, pełne melancholii teksty o wolności, zagubieniu i podróżach. Słuchałam tego, gdy zaczynała się wiosna i wszystko wydawało się chwilowo na swoim miejscu. O, ktoś znowu napisał o moim smutku.

2. Gra: Sushi Go. Prościutka karcianka, w której kompletujemy swój zestaw sushi. Każdy kawałek maki i pierożka gyoza ma słodki uśmiech, a praca na tym samym zestawie kart czyni rywalizację jeszcze bardziej zaciętą. Zupełnie nie mam w sobie bojowego ducha, ale musielibyście słyszeć mój śmiech, gdy sprzątałam komuś sprzed nosa warte najwięcej punktów nigiri z kalmarem. Podczas rozgrywki z przyjaciółką nasza znajomość o mało się nie skończyła. Po tym poznaję dobrą grę.

3. Miejsce: Bratysława. Jeden dzień samotnego zwiedzania w deszczu. Zachwyciły mnie magiczne zaułki starego miasta jak z Harry’ego Pottera i niespodziewanie piękny zachód słońca nad Dunajem, gdy chmury się rozwiały, a ja stałam na moście z chwilowym spokojem w serduszku.

4. Film: Lato 1993, reżyseria: Carla Simón. Przepiękny portret dzieciństwa, mnóstwo emocji upakowanych ciasno w obrazy lata na prowincji. Zanurzyłam się w to jak we własne wspomnienia i rozpłakałam na koniec ze zgromadzonego napięcia, które nagle znalazło ujście.

5. Czarny sportowy plecak z New Yorker. Szukałam takiego cuda od dłuższego czasu. Jest czarny, prosty, jest wygodny, pojemny i nosząc go w każdym miejscu czuję się jak turysta, który jest tu na chwilę. Spokojnie pomieści bagaż na kilka dni i codzienną zawartość damskiej torebki, która u mnie chwilowo przybrała taką postać. Za każdym razem jak zarzucam go na plecy jest Bilbo Baggins: I’m going on an adventure!

6. Kanał na You Tube: Evan Edinger. Amerykanin mieszkający w Wielkiej Brytanii, czasami mówi z prędkością światła i ma najbardziej rozbrajający śmiech na świecie.

7. Proste, czarne buty z New Yorker typu slip-on. Żadnych ozdób, biała podeszwa, nieziemsko wygodne. Ta część garderoby, nad którą się zupełnie nie zastanawiam, bo tak idealnie do mnie pasuje. Czasami ubrania są jak część ciała, w oczywisty sposób twoje. Uwielbiam znajdować coś takiego. I najczęściej okazuje się, że jest proste, ciemne i wygodne. Hm.

8. Śniadanie w Upojonych w Katowicach. Dobry deal, bo razem z kawą możecie zamówić śniadanie za 1, 3 lub 5 złotych, a jest absolutnie przepyszne i sycące. W jedzeniu śniadania na mieście ciągle jest dla mnie coś urzekającego.

Domknęłam kwiecień. A w maju mam dwudzieste ósme urodziny i z tym to już zupełnie nie wiem co zrobić.

Dobrego, kochani!

Ulubieńcy marca 2018

Chcę jak najszybciej zamknąć marzec, jak książkę, która już mnie nuży. Zrobiłam podsumowanie kwartału, ale nie chcę zatrzymywać się na rozpamiętywaniu czegokolwiek. Marcowi ulubieńcy. A potem wiosna.

1. Zamek w Turku. Finlandia zimą okazała się niestety dosyć przygnębiająca. Szczególną przyjemność sprawiło mi jednak zwiedzanie zamku w Turku, w którym ongiś mieszkała i prowadziła dwór polska księżniczka, Katarzyna Jagiellonka. Patrzyłam na jej sceptyczną minę na miniaturze i przechadzałam się ciasnymi korytarzami ze świadomością deptania po czyichś śladach. W środku było ciepło, kolorowo, obsługa w strojach z epoki uśmiechała się po fińsku, półgębkiem, a historia płynęła swoim niewzruszonym nurtem, gdy rozmawialiśmy o połączonych losach Polski i Finlandii.

2. Piosenka: Bread and roses. Wzruszyła mnie w okolicach Dnia Kobiet, a jej przesłanie wydaje mi się ciągle aktualne. „Hearts starve as well as bodies”.

3. Film: Lady Bird Grety Gerwig. Opowieść o dojrzewaniu, w której przejrzałam się jak w lustrze. Ostatni rok w szkole, wyłanianie się z chaosu, którym jest szkoła, rodzina i pierwsze miłości podane w lekkiej, słodko-gorzkiej narracji. Piękne.

4. Gra planszowa: T.I.M.E. Stories. Absolutnie wciągające połączenie RPG i gry planszowej. Bawiłam się świetnie, wciągnięta w opowieść na długie godziny, w tym stanie umysłu, który kompletnie wyłącza was z rzeczywistości. Podróżujecie w czasie, rozwiązujecie zagadki, staracie się przetrwać i przy okazji uratować świat. Co się wam przydarzy zależy od scenariusza, który rozwija się przed wami na bieżąco. Genialne.

5. Spodnie z C&A, czarne, z dziurą na kolanie. Myślałam, że nigdy czegoś takiego nie założę, a chodziłam w nich przez cały miesiąc. Są super wygodne, a dzięki przetarciom czuję się, jakbym wróciła do nastoletniego buntu, który jakoś średnio mi wyszedł. Czas naprawić swoje błędy.

6. Wrocław kulinarnie. Spędziłam wspaniały weekend we Wrocławiu z przyjaciółmi i udało mi się zjeść najlepsze w moim życiu: schabowego, kanapkę (maślany chlebek, wołowina, jajko sadzone, konfitura z czerwonej cebuli i domowy sos) i pizzę (idealne ciasto, przepyszna mozzarella i pomidory). Dejcie mi wincyj. A Wrocław ładny.

7. Sauna. W Finlandii pierwszy raz w życiu skorzystałam z sauny, co było o tyle ciekawym przeżyciem, że znajdowała się w łazience mojego gospodarza. Fajne, relaksujące ciało i umysł doświadczenie.

8. Jedzenie co 3 godziny. Nigdy do tej pory nie udało mi się wdrożyć tego w życie, a wygląda na to, że to jeden z nawyków, które je zmieniają. Mam zdecydowanie więcej energii i zdecydowanie mniej wahań nastrojów. Działa.

U progu wiosny jest dużo fałszywej nadziei. A może tym razem…?

Dobrego!

Jak się czujesz u progu wiosny?

Niepewna. Nie wiem jak się czuję. Ciągle się zmienia. Nie chcę się załamać, ale czuję, że ciągle jestem o krok od zagłębienia się w smutek. Jakby od upadku oddzielała mnie cieniutka zasłona. I nie jestem pewna, co powinnam zrobić, by się temu nie poddać. Jak długo zdołam walczyć i jakich narzędzi mam użyć. Melancholia dopada mnie w każdej chwili, jak czający się tuż za rogiem cień. Patrzę na znajome przedmioty, a każdy z nich jest metaforą egzystencjalnego lęku. Nie chcę tak funkcjonować, ale to silniejsze ode mnie. Ten mrok zagarnia coraz więcej moich ziem.

A przecież nie jest tak znowu źle. Cieszę się, że zima się kończy, że będzie więcej światła, że wieczorem wystarczy sweter, a w Katowicach pełno jest lodów rzemieślniczych o dziwnych smakach. Słońce będzie świecić rano z zupełnie innej strony. Ostatnio wydarzyło się tyle dobrego w jednej sferze mojego życia. Może tylko, że się nie rozlało na inne. Stąd to rozdarcie – szczęście, za ścianą paraliżujący lęk. I tak sobie jestem. Mam kilka pomysłów. Ciągle brakuje mi energii, wiary w siebie. Zmieniam się powoli, uczę się siebie. W rozkroku. Może inaczej się nie da.

#ulubieńcy lutego 2018

Ulubieńcy lutego, małe światełka na wodzie:

1. Piosenka Beautiful war Kings of Leon. Słuchałam jej po kilkanaście razy, kiedy wracałam z pracy i potrzebowałam czegoś, co mnie przeniesie daleko od rzeczywistości. Jest w niej coś erotycznego i melancholijnego, jakieś nieoczywiste ciepło i pragnienie wolności jednocześnie.

2. Rijskmuseum w Amsterdamie. W lutym spędziłam absolutnie cudowny weekend w moim ukochanym Amsterdamie. Udało mi się wybrać do największego muzeum sztuki w tym mieście, które okazało się znakomitym miejscem na randkę, gdzie w przestronnych, w pełnych światła salach można wymieniać uwagi o kulturze europejskiej i pocałunki. Zobaczyłam Nalewającą mleko Vermeera i Żydowską narzeczoną Rembrandta, i ciągle jestem pod wrażeniem tego spotkania.

3. Sukienka z C&A. To ten przypadek, kiedyś coś pozornie nie w twoim guście (kremowe kwiaty, serio?) woła do ciebie z wieszaka, i jest za drogie, a ty to mierzysz i musisz to mieć, bo czujesz się tak, jak od dawna się nie czułaś: atrakcyjnie, kobieco, pewna siebie. Do tego jest nieziemsko wygodne. I już widzisz, jak odbijasz się w miłych oczach, i jak ktoś to z ciebie zdejmuje.

4. Książka Szepty kamieni, Historie z opuszczonej Islandii Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka, autorów bloga IceStory. Książka, którą przeczytałam na raz, leżąc chora w łóżku, na telefonie, nie mogąc przestać. Urzekająco melancholijny reportaż z Islandii, napisany przez kogoś, kto ma taką duszę jak ja. Islandia jest tam piękna, przerażająca, smutna i surowa, a zafascynowani nią autorzy są dalecy od banału i skupiają się dokładnie na rzeczach, które mnie najbardziej interesują w podróżach. Coś pięknego. A zaczyna się tak:

„Islandia pełna jest muzyki. Wiatr zmienia tu dźwięk w wiersz bez rymów i rytmu. Ziemia pulsuje. Gęste chmury kłębią się niespokojnie nad głową, ocean szumi jednostajnie, budząc grozę i zachwyt. Podobno tutejsze kamienie szepcą. Nawet w ciszy, bezwietrznej i z pozoru martwej, słychać wyraźnie, że nie jesteśmy tu sami.”

5. Czytanie książek na telefonie. Okazało się to zaskakująco wygodne, bo telefon jest czymś co zdecydowanie najczęściej biorę do ręki. Wystarczy najprostsza aplikacja do czytania, książkę można kupić jednym kliknięciem, a jeśli jest dobra, to wciąga tak samo jak tradycyjna. Muszę kupić czytnik.

6. Purpurowy szal z Zary. Też patrzył na mnie z wieszaka. Głęboki kolor czerwonego wina, wspaniale się układał, nie za duży, nie za mały, ciepły, ale elegancki. Sześć euro. Wyobraziłam sobie siebie, jak siedzę owinięta w niego gdzieś w Finlandii… Zastanawiałam się jeszcze nad beżowym, ale potrzebowałam tej ciemnej, zgaszonej czerwieni. Co, wzięłam. Kolor, którego w ogóle nie ma w mojej szafie. Niezaspokojona potrzeba zmian.

7. Mural w Nijmegen. Idę sobie przez niewielkie, holenderskie miasteczko i nagle bum, trochę sztuki chwyta mnie za serce i nie chce puścić. Kolorowy ptaszek o pomarańczowym brzuszku z kwiatami na sercu, w tle szary kościół i fragment miasta. Przepiękne, sami zobaczcie. Autorami tego cuda są Collin van der Sluijs i Super A.

Tak mi się wydaje, że właśnie zaczęła się wiosna.

23 lutego – Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją

Depresja była najgorszym stanem w jakim znalazłam się w życiu. Mam za sobą jeden zdiagnozowany epizod depresyjny, z którego udało mi się wyjść dzięki farmakoterapii. Jeszcze kilka miesięcy po tym jak poczułam się lepiej, nie mogłam o tym doświadczeniu spokojnie mówić. Zaczynałam płakać, jakby ktoś wspominał kogoś, kogo kochałam i kogo już nie ma.

Nie lubię mówić o depresji. Nigdy nie zaczynam tego tematu. I jedną z wielu najgorszych rzeczy, które wiążą się z tą chorobą jest potworna samotność. Nie możesz nawet opowiedzieć, co się z tobą dzieje, bo większość ludzi sprowadzi to cierpienie do czegoś błahego i nieważnego. Chwilowy smutek, spadek formy, z którym radzisz sobie tak źle, bo jesteś ślamazarną ofiarą losu, która się nad sobą użala. Mam przygotowany wpis o tym, co usłyszałam, od ludzi, którzy mnie lubią i z którymi zwykle dobrze się czuję, na to, że mam depresję. Który mnie przeraża.

Ja sama nie męczyłabym się tak długo w tym piekle, gdyby nie powszechna narracja na temat problemów z rzeczywistością w ogóle. Samo dotarcie do podstawowych informacji było szaleńczą przeprawą przez: weź się w garść, inni mają gorzej, nie przesadzaj. Nikt z mojego otoczenia nie powiedział: poszukaj pomocy. I tak nie powinno być.

Potrzebujemy edukacji na temat depresji, która staje się zatrważająco powszechnym zjawiskiem. Żeby ludzie, którzy naprawdę potrzebują pomocy, nie sięgali po nią tak późno – albo wcale. Depresja zabija. Myśli samobójcze, które się pojawiają nie są wymyślnym sposobem szantażu emocjonalnego, próbą zwrócenia na siebie uwagi. Są realne i w pewnym momencie stają się konkretnym planem. Depresja jest potworną, wyniszczającą chorobą, którą można i trzeba leczyć.

I jak w przypadku każdego wroga, z którym musimy się zmierzyć – dobrze o nim wiedzieć jak najwięcej.

Ulubieńcy stycznia 2018

W styczniu dużo, a ja ciągle nie wiem, gdzie iść. Dużo szczęścia i dużo martwienia się, nie wiem, jak mi się to dzieli na dwie połowy w środku. Oto moi ulubieńcy:

1. Pudełko na drugie śniadania z Tigera. Jest potwornie niepraktyczne, nie da się w nim transportować niczego oprócz kanapek, ma irytujące zamknięcie i nie można go używać w mikrofalówce. Jest jednak tak śliczne, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Priorytety. Potrzeba piękna.

2. Kylä vuotti uutta kuuta, fińska pieśń, której wysłuchałam jakieś milion razy. Coś mi mocno drży w środku, gdy słucham tej tęsknej nuty. To stara karelska pieśń weselna, którą śpiewano, gdy panna młoda przybywała do domu męża, a tytuł oznacza podobno – wioska oczekuje na nów księżyca (czyli oblubienicę). Szczególnie lubię tę wersję.

3. Książka Sapiens. Od zwierząt do bogów Yuval Noah Harari. Przeczytałam dopiero połowę, ale muszę o niej wspomnieć, bo dawno tak świetnie się nie bawiłam przy czytaniu. Autor prowadzi nas za rękę przez historię ludzkości kreśląc szeroki, fascynujący horyzont od ewolucji na której drodze ukształtował się w ogóle rodzaj ludzki po współczesną rewolucję technologiczną. Absolutnie fascynująca podróż i znakomicie opowiedziana historia. Przede wszystkim znakomicie opowiedziana historia.

4. Bilet lotniczy. Kupienie biletu na samolot sprawia, że podróż, którą planujemy staje się realna i wyznacza w codzienności pewien horyzont, którego nie było wcześniej. Poczułam to wyraźnie, gdy w połowie miesiąca z wypiekami na policzkach rezerwowałam miejsce i od tamtej pory czekam, myślę i tęsknię do tego, co się wydarzy.

5. Białe ściany w moim tymczasowym pokoju. Bardzo polubiłam to surowe wnętrze, w którym tak dobrze mi się odpoczywa i zbiera myśli. I już się z nim pożegnałam. Życie to utrata.

6. Bullet journal. Pod koniec roku znalazłam absolutnie uroczy notes w kropki, który zamieniłam w swój minimalistyczny planner. Wyznaczyłam sobie pewien horyzont celów i planów na ten rok, a to małe cudo pozwala mi się trzymać pewnej ramy w kilku najważniejszych aspektach życia. Korzystam z niego codziennie, zapisuję swoje małe zwycięstwa i patrzę jak się zmienia. Powoli, bo na wszystko trzeba czasu.

7. Kanał na You Tube: Lavendaire. W styczniu obejrzałam sporo filmików Aileen, głównie, żeby ćwiczyć angielski, ale jej łagodny ton działał na mnie uspokajająco, a niezachwiana pewność co do sensu swoich działań – motywująco.

8. Film: I tak cię kocham Michael Showalter. O ile polskie Dzikie róże (link do opinii o filmie) był zdecydowanie mocniejszy emocjonalnie, to najprzyjemniejsza była ta właśnie historia miłosna osadzona w różnicach kulturowych i fajnym, nienachalnym humorze. Ogrzałam się. Polecam.

Tyle. Zajmijmy się lutym i czekaniem na wiosnę. Bo ja już czekam.
Dobrego!

Czego się nauczyłam w 2017 roku

Dziś bardzo osobiście. 2017 był dla mnie ważnym rokiem i mnóstwo się wydarzyło. A oto, w przypadkowej kolejności, czego się dzięki temu nauczyłam:

1. Porażki nie służą do biczowania.

2. Żeby zaczęło się coś nowego trzeba pozwolić staremu odejść.

3. Kończenie, zamykanie drzwi, odcinanie przeszłości boli. Zawsze.

4. Czasami troska o siebie znaczy odpuścić. I należy dla własnego dobra nauczyć się rozróżniać, kiedy warto się do czegoś zmusić, a kiedy robimy tym sobie krzywdę.

5. Nie da się żyć odcinając się od swojego wewnętrznego głosu. Próbowałam wiele lat. No nie da się.

6. To czego się boisz jest zawsze straszniejsze w twojej wyobraźni. Znaczy w mojej, bo jest bujna i lubi czarne myśli. Serio, ja po prostu nie umiem myśleć pozytywnie o niczym.

7. Kiedy się zakochujesz, to chce ci się jechać z Katowic do Krakowa tylko po to, żeby zasnąć w jednym łóżku i opuścić je o piątej rano. Kilka razy w tygodniu. W listopadzie.

8. Nikt nie zna cię tak dobrze jak ty. Ludzie nie mają pojęcia przez co przeszedłeś, przez co przechodzisz i dlaczego tak reagujesz. Nie można słuchać ludzi, którzy mówią ci o tobie, bo nie mają racji i koniec.

9. Wzięcie odpowiedzialności za swoje życie może wieść bardzo krętymi drogami.

10. Możliwe, że na coś chorujesz. I żadne hasła motywacyjne ani wzięcie się w garść nie sprawią, że poczujesz się lepiej. Sprawi to porządna diagnoza i dobrze dobrane leki. Bo twój brak energii może wynikać z insulinooporności i problemów z tarczycą, a nie wrodzonego lenistwa.

11. Z depresji można wyjść. Po prostu się da, ale powoli. Proces zdrowienia jest pełny niespodzianek. Całe moje życie się przewartościowało po doświadczeniu epizodu depresyjnego, który był najgorszym momentem w moim życiu.

12. Potrzebuję terapii. Bardzo.

13. Z życiem nie trzeba się tak męczyć, jak myślałam.

14. Nie trzeba bać się bliskości i czułości. Coś się we mnie otworzyło.

15. Kochać swoje ciało, ale tak na maksa, bez siedzących z tyłu głowy narracji, które moja kultura zapuściła tam jak truciznę. Wiele, wiele lat wychodzenia z nienawiści, przez obojętność, aż po akceptację i miłość, od której kręci mi się w głowie każdego dnia.

16. Mówić wprost o tym, czego potrzebuję i o uczuciach w relacjach damsko-męskich.

17. Dystans w przestrzeni pozwala na dystans w głowie. Innymi słowy, jak wyjedziesz na kilka tygodni okaże się, że jesteś daleko mentalnie od całego mnóstwa problemów, które zupełnie inaczej ułożą ci się w głowie i przestaną być takie straszne.

18. Zgodzić się na własny wewnętrzny głos, który ciągle jest w poprzek dominującym narracjom.

19. Uciekać, gdy wyrywa mi się gdzieś serce. Albo jest mi bardzo, bardzo źle.

20. Nie żałować rzeczy, spraw, relacji. Przyjdą nowe, lepsze. Najczęściej, gdy już rozstaniemy się ze starymi i zrobimy na nie miejsce.

21. Wyrzucać to, co obciąża zamiast uskrzydlać.

22. Jak wyjechać z jedną walizką do innego kraju.

23. Komunikować się po angielsku. Pierwszy raz w życiu zaczęłam rozmawiać w tym języku i z każdym miesiącem czuję się coraz pewniej.

24. Iść za intuicją, słuchać ciała i emocji.

25. Przestać przepraszać za to, jakim się jest.

26. Przestać odczuwać, że na przyjemność i cieszenie się życiem, trzeba sobie zasłużyć.

27. Seksualność jest ważnym i pięknym aspektem życia.

28. Wiem, że chcę pisać, bo nic mnie tak mnie nie uszczęśliwia i pozwala wyrażać niewyrażalne.

29. Jestem wystarczająca. Nie muszę nic nikomu ani sobie udowadniać.

30. To, jak mnie wychowano, czego nauczono mnie w dzieciństwie i młodości, zrobiło mi potworną krzywdę.

31. Na świecie jest pełno dobrych ludzi, którym można zaufać.

32. Moje życie dopiero się zaczyna.

I mimo tego wszystkiego, co mi w 2017 roku nie wyszło, poczułam, że zrobiłam duży krok do przodu, że coś mocno drgnęło i zmienił się we mnie jakiś paradygmat, za co jestem ogromnie wdzięczna. Fajnie było. I chcę więcej.